Różaniec to znak polskiej pobożności. Ten, który przechowuje Pańska rodzina, jest najprawdopodobniej również cennym świadkiem historii.

 

- Tak, ten drewniany, ręcznie rzeźbiony różaniec to chyba najbardziej niezwykła spośród - skądinąd nielicznych - pamiątek rodziny Kowalskich. Mój śp. stryj Eugeniusz dostał go od swojego ojca, a mojego dziadka, Feliksa. Teraz pieczę nad różańcem sprawują moi kuzynowie. Stryj i dziadek uważali - powtarzając zapewne wersję poprzednich pokoleń Kowalskich - że różaniec jest świadectwem uczestnictwa naszego przodka w wyprawie wiedeńskiej króla Jana.

 

Skąd takie przypuszczenie?

 

- Różaniec nie zachował się w całości, ale szczęśliwie, prócz części paciorków i szczątków poziomego ramienia krzyżyka - ocalało ramię pionowe, na którym wycięty jest napis: "Anni 1683 Domini/Woyciech Kowalski". Tak naprawdę to żaden dowód udziału w odsieczy wiedeńskiej: różaniec może równie dobrze pochodzić sprzed stu kilkudziesięciu lat, a napis może odnosić się na przykład do dwusetnej rocznicy sławnej bitwy. Zaś nazwisko Kowalski... cóż, to jedno z najpopularniejszych polskich nazwisk. Rodzinne podanie jest jednak rodzinnym podaniem. Nie można o nim zapominać i... chciałbym w nie wierzyć.

 

Czy historia tego różańca, tak mocno osadzonego w narodowych dziejach, wywiera istotny wpływ na życie Pańskiej rodziny?

 

- A to mnie pan zahaczył. Niewątpliwie taki różaniec musi dawać całej rodzinie do myślenia. Ale czy z tego powodu historia jest w nas obecna bardziej? Może... zwłaszcza że genealogiczna pamięć mojej linii ojcowskiej nie ma się najlepiej. Zatem ów różaniec jakby zastępował nam po trosze prawdziwe, duże drzewo genealogiczne. Wiemy bowiem mało. Tyle że "nasi" Kowalscy wywodzili się z drobnej szlachty mazowieckiej. Pradziadek administrował cudzymi folwarkami, przechowując wspomniany różaniec, pamięć o herbie Korab i tłok pieczęci z herbem Szaszor, zapewne po którymś z majętniejszych wujów. W czasie pierwszej wojny jego synowie - to znaczy mój dziadek Feliks i jego brat Stanisław - służyli w rosyjskiej armii. Stanisław był w huzarach i poległ podobno pod Polichną; Feliks służył w piechocie na różnych frontach. Zachowały się jego zdjęcia, szkice, a nawet wiersze pisane w okopach. Te wiersze, bardzo młodopolskie, komponował dla Anny, swojej przyszłej żony, a mojej przyszłej babci. Babcia Anna wywodziła się z polskiej rodziny osiadłej w Pskowie. Wkrótce pobrali się - ale ponoć był to mezalians. Jaki dokładnie, z której strony? Niestety nie wiem. Po wojnie Anna i Feliks (a wraz z nimi różaniec) osiedli na Kresach, nad Niemnem i... przestali utrzymywać bliskie kontakty z resztą rodziny. Jak widać, kryje się w tym jakaś tajemnica. Druga wojna dopełniła reszty: więź z poprzednimi pokoleniami została zatarta. Można rzec, że pozostał przede wszystkim różaniec. Na koniec zaś syn Feliksa, czyli mój tata, tak jak wielu innych Kresowiaków, trafił do Wielkopolski. I stało się, że rodzinne pamiątki Michałowskich, czyli rodziny mojej mamy, wywarły i wywierają największy wpływ na nasze dzieci. Aczkolwiek i o różańcu nie zapominamy.


Właśnie. Obecnie mieszka Pan w Kórniku pod Poznaniem. Co Pana wiąże z tym miejscem?

 

- Można rzec, że wraz z moją żoną Anią osiedliśmy na wielkopolskich "rodzinnych śmieciach" po kądzieli, czyli - jak się rzekło - po Michałowskich. Mieszkamy w domu, w którym urodził się i umarł mój dziadek Stanisław, a żyli wcześniej moi pradziadkowie i prapradziadkowie. Wcześniejsze pokolenia zajmowały sąsiednie domostwa - nasza rodzina jest spokrewniona i spowinowacona z większością zasiedziałych kórniczan. Wiedziałem o tym z dziadkowych i sąsiedzkich opowieści, teraz wiem również z ksiąg metrykalnych i dawnych ksiąg wieczystych. Michałowscy byli "łyczkami", czyli obywatelami małego miasteczka: żyli z uprawy roli, drobnego rzemiosła i handlu, a niektórzy mieli posady kościelnych i organistów w Poznaniu, Kórniku czy w niedalekim sanktuarium w Tulcach. Nasz dom przechował po nich liczne pamiątki: fotografie, książki do nabożeństwa, dokumenty sporów o miedzę, pruskie polisy ubezpieczeniowe, cylinder i bukiet ślubny pradziadka i prababci, tudzież ozdobne, "patriotyczne" życzenia ślubne dla nich. Wreszcie meble. Prapradziadek Michał był ponoć sekretarzem kórnickiego cechu młynarzy. Kasę cechu trzymał (tak twierdził jego wnuk, a mój dziadek) w grubo ciosanym biureczku, przy którym teraz uczy się mój najstarszy syn, a i ja czasami zasiadam z laptopem.

 

I wszystko to przetrwało wojnę i okupację?

 

- Ba, wojna nawet dołożyła co nieco. To skądinąd osobna anegdota. Jak wiadomo, podczas okupacji Wielkopolskę wcielono do III Rzeszy. Wtedy mój dziadek musiał uciekać - Niemcy poszukiwali go listem gończym, jako że był przed wojną posłem na Sejm i wiceprezydentem nadgranicznego Grudziądza. Okupację spędził więc po części w Warszawie jako oficer Komendy Głównej AK. W 1945 r. sądzono go w Moskwie w procesie szesnastu, dlatego część rodziny ukrywała się, a prababcia Ańdźka - która nie opuściła Kórnika - została przez Niemców wyrzucona z naszego domu. Jej miejsce zajęła żona niemieckiego pastora, instruktorka Hitlerjugend. Mieszkała sama, bo mąż służył na froncie wschodnim jako kapelan, skąd pisywał do niej ciepłe listy. W roku 1945 uciekła, pozostawiając listy, podręczniki Hitlerjugend i "Mein Kampf" z osobistym wpisem... No i teraz, gdy odwiedza mnie Niemiec albo protestant, chwalę się "pamiątkami" po jego ziomkach i współwyznawcach.

 

Rodzinne historie bywają zagmatwane. Jak przekazuje je Pan swoim dzieciom i jak zachęca je do poznawania przeszłości?

 

- Nie wszystkie moje dzieci podchodzą do nauki historii z pasją. Ale sądzę, że przynajmniej mają świadomość, iż właściwie wszystko, co nas otacza, jest po prostu historią, że historia to dziś, tylko cokolwiek dalej. Czasem skarżą się, że nie potrafią zapamiętać czegoś, co o naszej rodzinie mama albo ja opowiadaliśmy już kilkakroć. Wiem, że to trzeba spisać. Kiedyś notowałem słowa dziadka, teraz nagrywam opowieści mojej mamy. O pamięć trzeba dbać, inaczej zginie, a z nią i my.

 

Co daje Panu znajomość własnego drzewa genealogicznego? Poczucie dumy?

 

- Tu nie chodzi o dumę. Zwłaszcza że nasze drzewo genealogiczne nie sięga korzeniami nazbyt głęboko. Chodzi raczej o samo poczucie zakorzenienia w ludzkiej wspólnocie. Patrząc w ten sposób, jest szczególną łaską Pańską, że dano nam żyć na miejscu naznaczonym obecnością poprzednich pokoleń. Co ciekawe, z jednej strony wiele osób zapomina dziś o historii i lekceważy ją, ale z drugiej strony historia własnej rodziny staje się modna. Działają liczne serwisy internetowe, ludzie wymieniają się informacjami o swoich przodkach.


Jakie to ma znaczenie z punktu widzenia tożsamości narodowej?

 

- Ogromne. Człowiek, który jest zakorzeniony, który ma świadomość tego, skąd się wywodzi, nawet gdyby odżegnał się od swoich przodków, nawet gdyby uważał, że jego antenaci dokonali złych wyborów - nie będzie nigdy człowiekiem "znikąd". A jego świadomość współtworzy i cementuje narodową wspólnotę. Znajomość historii własnej rodziny, wpisana w dzieje narodu, pozwala inaczej spojrzeć na teraźniejszość i na przyszłość, inaczej podejmować decyzje. Ale od tożsamości narodowej jeszcze ważniejsza jest tożsamość związana ze zbawieniem - przynależność do Kościoła. To krzepiące, gdy wchodząc do swojej parafialnej świątyni wiemy, że wchodzili do niej też nasi przodkowie, żeby się modlić, żenić, odbyć ostatnią drogę albo tę świątynię upiększać.

 

Całość: Zakorzenieni w historii

 

JW/NaszDziennik.pl