Paweł Kowal w "Małym Gościu Niedzielnym" opowiada o swoich perypetiach z czasów, kiedy był ministrantem w parafii Opatrzności Bożej w Rzeszowie, skąd pochodzi. 

- Ksiądz nauczył mnie czytać (śmiech). Niektórzy mówią, że mam dobrą dykcję. Zawdzięczam to właśnie księdzu, który dbał o poprawne wysławianie się - mówi poseł. Ministrantem został, kiedy w centrum osiedla Nowe Miasto pojawił się blaszany barak, w którym odprawiano msze. Zapytał wówczas księdza: "Czy tutaj można być ministrantem?". Usłyszał, że mama musi mu uszyć komżę. Ta pierwsza uszyta była z firanki, natomiast kolejna z białego płótna na poszwy.

- Byłem świeżo po I Komunii. I jeszcze na początku studiów, gdy przyjeżdżałem do domu, wkładałem albę i służyłem w kościele - dodaje. Największą jego obawą podczas służenia, było kadzidło. Nie lubił z nim chodzić, bał się, że mu zgaśnie. Dzieli się również zabawną anegdotą.

- Byłem w klasie maturalnej. W tygodniu chodziłem na Mszę na siódmą rano. W tamtym czasie należałem też do oazy. W grupie młodzieżowej spotykaliśmy się wieczorami. Wracałem z tych spotkań nieraz bardzo późno. Po kilku latach moja mama odkryła, jaką mam opinię na osiedlu (śmiech) - opowiada. - Pobożnego ministranta? - dopytuje "Mały Gość Niedzielny".

- Wręcz przeciwnie. Starsze panie, które siedziały pod blokiem z pieskami, wszystko o wszystkich wiedziały. Były absolutnie przekonane, że regularnie nocuję u jakiejś dziewczyny. Widziały mnie, kiedy wychodziłem na oazę. Ale gdy wracałem do domu, one już spały. Mogły mnie zobaczyć dopiero następnego dnia rano, gdy wracałem do domu ze Mszy. I dopisały sobie do tego całą historię... Były oburzone, że taki pobożny, młody chłopak, a mieszka z dziewczyną - odpowiada Kowal.

Na koniec Kowal zastanawia się , że być może to ministrantura przyczyniła się do tego, że dziś jest politykiem: "I radzę sobie dobrze z kamerami i występami przed tłumem". 

 

eMBe/MałyGośćNiedzielny