Jest wyrok, nie ma zmian

Decyzja z lipca br. o uznaniu legalności zadeklarowanej dwa lata temu niepodległości Kosowa, podjęta przez sędziów Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze, zdziwiła obie strony konfliktu. Przed podaniem informacji spekulowano, że wyrok będzie wyrazem daleko idącej neutralności. Serbowie, którzy w grudniu zeszłego roku poprosili sąd o rozpatrzenie tej kwestii, ich zdaniem łamiącej prawo międzynarodowe, nie kryli rozczarowania tak jednoznacznym werdyktem, choć od razu zapowiedzieli dalszą walkę na arenie międzynarodowej. W Prisztinie zaś, albańscy mieszkańcy skorzystali z okazji, by zamanifestować swoją radość – odpowiedź potraktowali jako potwierdzenie praworządności ogłoszonej przez siebie niepodległości. Ich przedstawiciele zapowiedzieli dalszą intensyfikację działań, mających na celu zwiększenie ilości państw, które uznały Kosowo.

Kosovo je Srbija

"Kolebka serbskości", jej "serce", "dusza" - takie metaforyczne, duchowe uwielbienie miejsca, gdzie w 1389 roku wojska serbskie starły się z armią turecką, nie zniknie z dnia na dzień. Dlatego też Serbowie, wbrew realiom, nie zamierzają zaprzestać walki o ten zdominowany przez Albańczyków region. Sprawa Kosowa jest dla tego kraju kwestią kluczową zarówno w staraniach o członkostwo w Unii Europejskiej, w NATO, jak i w uzyskiwaniu kolejnych transzy kredytów. Rezygnacja z obrony serbskości tego terytorium dla każdego serbskiego polityka równałaby się z jego marginalizacją na scenie politycznej. Stąd też obecne władze, z prezydentem Borisem Tadiciem na czele, czując oddech krytykującej ich za zbytnie ustępstwa i łagodność opozycji, starają się grać w bardzo skomplikowaną, lecz jedyną możliwą w tych warunkach grę. Wykorzystują każdą możliwą sposobność, by wyrażać swój sprzeciw wobec niepodległości tego regionu i posiłkują się faktem, że pięć państw UE nie poparło tej decyzji. Cieszą się też wstawiennictwem Rosji i Chin i wspierają mieszkającą w Kosowie mniejszość serbską, dając Prisztinie do zrozumienia, że nie sprawuje ona kontroli na tych terenach.

Przełamywanie pata

Serbia w ostatnim czasie zyskała wiele na arenie międzynarodowej. Zbiera słowa uznania za swoją nastawioną na dialog postawę zarówno w stosunku do Chorwacji (co jest też wielką zasługą jej prezydenta Ivo Josipovicia) jak i Bośni i Hercegowiny (zwiększenie wymiany gospodarczej, studzenie secesjonistycznych zapędów Republiki Serbskiej, przeproszenie za zbrodnię w Srebrenicy). Coraz intensywniejsza współpraca państw bałkańskich ułatwia im walkę z kryzysem i powoduje, że zaczynają one mówić innym językiem o animozjach wynikających z niedawnych wojen domowych, które do tej pory skutecznie schładzały wzajemne relacje. Dzięki temu region ten zyskuje na zaufaniu zagranicznych inwestorów i przekonuje instytucje europejskie, że jest gotowy wspinać się na kolejne szczeble polityki integracyjnej.

Umiarkowana retoryka władz w Belgradzie zaowocowała już w zeszłym roku rozpoczęciem współpracy z unijną misją EULEX, nadzorującą funkcjonowanie demokracji w Kosowie. W rezultacie UE zniosła wizy krótkoterminowe dla serbskich obywateli, a także odblokowała dotyczącą handlu Umowę Przejściową. Pozytywnie przyjęto też złożenie przez Serbię wniosku akcesyjnego, będącego kolejnym krokiem na jej drodze do członkostwa w Unii. Zabiegi te powodują przyspieszenie transformacji kraju i wzmacniają pozycję rządu w społeczeństwie. Przeszkodą na drodze do integracji wciąż jednak pozostaje kwestia aresztowania gen. Mladicia i Hadżicia. Mimo braku postępu w ich schwytaniu, w czerwcu, Serge Brammertz, prokurator generalny Międzynarodowego Trybunału Karnego dla byłej Jugosławii (ICTY), napisał w swoim raporcie, że Belgrad poprawił współpracę z Hagą. Ta opinia pozwoliła na podjęcie decyzji o ratyfikacji Porozumienia o Stabilizacji i Stowarzyszeniu z Serbią, co rozpatrywane jest w charakterze przełomu. Ta passa sukcesów została, zdaniem Serbów, niesprawiedliwie przerwana przez ostatnią decyzję Międzynarodowego Trybunału.

Między Kosowem a Unią

Jak jednak Serbowie wyobrażają sobie dalej prowadzić taką podwójną grę, z jednej strony przeciwstawiając się uznaniu Kosowa za niezależne państwo, z drugiej, starając się wejść do Unii, którą w większości stanowią państwa, budujące i popierające dziś niezależne struktury Prisztiny? Chociaż nikt oficjalnie nie głosi, że Belgrad musi wybrać pomiędzy Kosowem a integracją, to jednak innego rozwiązania nie widać. Perspektywa, w której problem granic zniknie, gdy tyko region ten wejdzie do Unii, z punktu widzenia Brukseli może brzmieć zachęcająco, ale na ludziach zamieszkujących Bałkany nie robi ona większego wrażenia. Serbskie władze wydają się być tego świadome i starają się pokazać swojemu społeczeństwu, że robią wszystko, co w ich mocy. Dziś kraj ten potrzebuje wsparcia struktur europejskich, a polityka jej elit politycznych, obok prowadzenia intensywnej współpracy z Rosją, nastawiona jest przede wszystkim na unijną integrację. Społeczeństwo serbskie, z powodu polityki prowadzonej przez Slobodana Miloszevicia, zbyt długo pozostawało odizolowane od reszty świata, by po raz kolejny ulec hasłom izolacjonistycznym. Nie znaczy to jednak, że tak łatwo pogodzi się z utratą "swojego Kosowa".

Unijny eksperyment

Czy Kosowo jest państwem? Tak postawione pytanie na pewno działa deprymująco na polityków z Prisztiny. W lutym Kosowo świętowało drugą rocznicę urodzin, co było dobrą okazją do tego, by podsumować działanie tamtejszej demokracji. Choć albańscy politycy dwoją się i troją, by uzyskać jak najliczniejsze poparcie dla swojej niepodległości w świecie, to, mimo że wynajęto do tego celu drogą agencję PR, liczba takich państw stanęła na 69. Po decyzji Sądu Międzynarodowego Prisztina ma nadzieję, że nastąpi nowa fala deklaracji i że uda się przekonać do tego także pięć państw UE: Hiszpanię, Słowację, Cypr, Grecję i Rumunię, które do tej pory były temu przeciwne. Ich postawa powoduje brak spójnego działania Unii, a także utrudnia wprowadzenie ułatwień wizowych i wstąpienie Kosowa na drogę członkostwa, co znacząco wsparłoby proces reform.

Ponad dwa miliardy euro, które do tej pory wpompowały w Kosowo instytucje międzynarodowe, nie przyniosły spodziewanych rezultatów. Cały czas region ten kojarzy się z wszechogarniającą korupcją, wysokim ok. 40% bezrobociem, przestępczością zorganizowaną, handlem narkotykami i żywym towarem. Nie zmienia tego fakt, że od wejścia do Kosowa sił międzynarodowych wybudowano wiele szkół, kilometrów dróg, a niedawno wmurowano kamień węgielny pod Operę Narodową. Dzięki pieczy Brukseli, Kosowo w miarę bezpiecznie przeszło przez kryzys międzynarodowy i zanotowało w drugiej połowie 2009 roku pewien wzrost gospodarczy. Bez tego, jak i bez pomocy diaspory, budżet państwowy uległby zapaści. Gospodarka jest wciąż całkowicie nierentowna i niekonkurencyjna, świadczy o tym choćby fakt, że wartość eksportu stanowi jedną dziesiątą importu.

Odmowa współpracy

Kosowscy politycy cieszą się, że udało im się od czasu ogłoszenia niepodległości stworzyć podstawowe instytucje państwa, uchwalić konstytucję i doprowadzić do wzmocnienia bezpieczeństwa wewnętrznego (chociaż mniejszość serbska ma na ten temat inne zdanie). Prisztina została też członkiem Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego. Integracja mniejszości serbskiej stopniowo następuje w południowej części kraju, północna zaś, zamieszkała przez zwarte skupiska, jest wobec tego procesu oporna. Belgrad utrzymuje tu władze lokalne i sektor publiczny, co powoduje zarzuty Prisztiny pod jego adresem o podsycanie konfliktów. Kosowscy Albańczycy starają się, wraz z popierającymi ich państwami UE, zintegrować ten teren z resztą kraju, poprzez podniesienie poziomu życia i zapewnienie efektywnej sieci usług publicznych tj. administracji lokalnej, edukacji, służby zdrowia, policji i sądownictwa. Niestety, niedawne próby otwarcia biura kosowskiego rządu w Kosowskiej Mitrovicy doprowadziły do protestów, w których to trakcie zginęła jedna osoba. Choć spięcia w tym regionie nie należą do rzadkości, to jednak Bruksela postanowiła stopniowo redukować ilość znajdujących się w Kosowie wojsk.

Nie wpływa to jednak deprymująco na kosowskich polityków, którzy są przekonani, że państwa Unii, wziąwszy na siebie odpowiedzialność za losy Kosowa, nie wycofają się ze swojego eksperymentu. Byłoby to równoznaczne z prestiżowym blamażem i doprowadziło do zaognienia sytuacji w regionie, gdyż skonfliktowane ze sobą narody, pozostawione same sobie, najprawdopodobniej po raz kolejny postanowiłyby wziąć sprawy w swoje ręce. Mimo że Amerykanie pod rządami Baracka Obamy w coraz mniejszym stopniu przejawiają swoje zainteresowanie Europą, a w tym i Kosowem, to jednak wiara ludności albańskiej w pomoc światowego mocarstwa jest niezachwiana. Świadczy o tym niesłabnąca popularność Billa Clintona, który niedawno uczestniczył tam w odsłonięciu swojego 3-metrowego pomnika.

Kosowska niewiadoma

Decyzja sędziów Międzynarodowego Trybunału była przez część ekspertów i polityków określana jako "zielone światło" dla wszelkiej maści separatystów, od Katalończyków po Kurdów, na mieszkańcach Abchazji i Osetii Południowej kończąc. Mimo że ich opinia nie jest wiążąca i że zasugerowali oni, że problemem tym powinna się zająć Rada Bezpieczeństwa ONZ, to nie można się dziwić, jeśli casus Kosowa będzie przywoływany w przyszłości. Droga do uzyskania przez Prisztinę pełnej suwerenności i odłączenia się od "brukselskiej kroplówki" jest jeszcze bardzo długa i podobnie, jak ma to miejsce z Bośnią i Hercegowiną, jeszcze wiele lat upłynie, zanim będziemy mogli mówić o tym regionie jako o stabilnym i w pełni suwerennym. Na politycznej giełdzie nie milkną głosy, że lepszym rozwiązaniem byłoby podzielenie Kosowa pomiędzy Serbię i Albanię, a nie utrzymywanie drugiego, sztucznego państwa albańskiego, którego mieszkańcy przyzwyczajają się do życia na unijnym garnuszku. Słychać też głosy o potrzebie przyłączenia do Kosowa sąsiadującej z nim, a należącej do Serbii, Doliny Preszeva, którą zamieszkuje większość albańska. O Wielkiej Albanii nie zapominają też Albańczycy zamieszkujący Macedonię. Czynniki te wciąż hamować będę rozwój tego regionu i jego integrację z Europą. Jedynym pocieszeniem jest fakt, że obecnie bałkańskie narody starają się rozwiązywać konflikty na drodze prawnej, a nie z bronią w ręku.

Petar Petrović

Autor jest dziennikarzem Polskiego Radia

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »