A powód jest niezmiernie prosty. Dominika Wielowieyska spogląda na Kościół z perspektywy całkowicie świeckiej. Dla niej jest on instytucją, która ma budować społeczności lokalne, promować pewne (ale tylko takie, które mogą zaakceptować wszyscy, także niewierzący) wartości, budować kapitał społeczny. Problem w tym, że to nie są zadania Kościoła. Jego rolą jest bowiem przede wszystkim głoszenie Ewangelii. W porę i nie w porę, niezależnie od tego, czy się to komuś podoba czy nie, czy prawda głoszona jest kupowana przez wiernych czy nie.
I właśnie dlatego, nawet za cenę odpływu wiernych, Kościół MUSI głosić, że demokracja nie jest bożkiem, że nie ma ona władzy stanowienia moralności. MUSI przypominać, że akty homoseksualne są grzechem, a próba wprowadzania związków jednopłciowych do systemu prawnego jest niszczeniem rodziny i przestrzeni publicznej, MUSI mówić o dzieciach ginących w czasie procedury in vitro, MUSI wreszcie przypominać o tym, że na Ołtarzu rzeczywiście dokonuje się całkowicie realny cud przemiany chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa. O prawdziwości tego faktu przypomina Cud w Sokółce (określany przez Wielowieyską mianem „niezrozumiałym zabobobem”), który został dany Kościołowi w Polsce i jako taki musi być głoszony. Jeśli nie będzie robił tego Kościół, jeśli nie będą tego robić ludzie Kościoła, to kamienie wołać będą. Tym, co określa skuteczność Kościoła nie są bowiem działania, społeczny wpływ, ale głoszenie Ewangelii.
A żeby było ciekawiej, to właśnie te wspólnoty, które odważnie głoszą nie społeczne zadania, ale Ewangelię, te które mają odwagę mówić rzeczy niewygodne, zyskują, a nie tracą wiernych. Te z wyznań czy Kościołów, które ograniczają się do działalności społecznie użytecznej tracą, te zaś, które odważnie głoszą Ewangelię rozwijają się. I żeby nie było wątpliwości: widać to nie tylko na poziomie wyznań, ale nawet parafii. Tam, gdzie jest wiara jest życie, a tam, gdzie jest społeczna użyteczność bardzo często jest już wymieranie.
Stąd, przy wierze w szczere intencje Dominiki Wielowieyskiej, a nawet przy akceptacji niektórych z jej uwag (choćby tych o potrzebie większego widzialnego ubóstwa Kościoła, ale już nie tym, by ksiądz katecheta rozmawiał o filozofii życia Stefa Jobsa, bo to jakaś paranoja), muszę powiedzieć krótko, że jej propozycje to najkrótsza droga do samozagłady Kościoła, i do tego, by stał się on do niczego nie potrzebny.

