Cóż, by się tego dowiedzieć wystarczy cofnąć się w czasie o kilkadziesiąt lat, wystarczy zapytać kogoś, kto żył w czasach szczęśliwie minionego ustroju społecznej sprawiedliwości i dowiedzieć się jak wyglądała kwestia budowy kościołów czy organizacji pielgrzymek. Sytuacja protestantów żyjących pod habsburskim butem była może nie identyczna, ale bardzo podobna do tej zafundowanej Polakom przez importowanych ze wschodu komunistów.

 

Niecały rok po wydaniu patentu tolerancyjnego przez cesarza w Białej (obecnie dzielnica Bielska-Białej) powstała pierwsza ewangelicka parafia. Szybko w miejscu ewangelickiego cmentarza założonego w początkach wieku a przeniesionego na obecną ulicę Piłsudskiego wybudowano drewnianą świątynię, która służyć miała jako tymczasowa kaplica. Wierni wreszcie mieli miejsce, w którym wspólnie mogli chwalić Boga, w życie parafii zaangażowali się praktycznie wszyscy bialscy ewangelicy wspomagając ją finansowo, a już w kilka miesięcy później przystąpiono do budowy kościoła murowanego. Miejsce na jego wzniesienie wybrano bardzo starannie, w północnej części miasta opodal (istniejących jeszcze) murów obronnych. Za 1800 florenów wykupiono należącą do rodziny Klimków działkę i już 19 marca 1782 roku wmurowano kamień węgielny pod budowę nowej świątyni. W 1790 roku, a więc po ośmiu latach, kościół był ukończony na tyle, że można było przystąpić do wyposażania wnętrza. W samą porę, gdyż luteranie po raz kolejny zostali pozbawieni miejsca modlitwy – prowizoryczny, drewniany kościół został zajęty przez austriacką armię i zamieniony w magazyn. Aż ciśnie się na usta porównanie z działalnością sowietów, którzy dokładnie w ten sam sposób traktowali cerkwie i kościoły katolickie na terenach przez siebie zajętych.

 

Do dziś nie ma pewności kto był autorem projektu bialskiego kościoła. Według księdza Andrzeja Buzka, duchownego luterańskiego i historyka, świątynię miał zaprojektować nadworny architekt króla jegomości Stanisława Augusta Poniatowskiego Szymon Bogumił Zug. Stworzył kilka planów kościoła dla warszawskich ewangelików, z których ci wybrali jeden – znaną chyba wszystkim rotundę – a pozostałe odstąpili swoim współwyznawcom z Białej. Czy tak było naprawdę? Inna wersja głosi, że autorem projektu był inżynier obwodowy z Myślenic niejaki Breuning. Jak napisałem pewności nie ma, przyznać jednak trzeba, że projekt bialskiego zboru wyjść musiał spod ręki najwybitniejszego architekta – po dziś dzień zachwyt budzi jego bryła, regularne linie i dobrane z wielkim smakiem detale. Szkoda, że współcześni projektanci nie kontynuują tradycji swoich wielkich poprzedników a z ich desek schodzą koszmarki przypominające raczej hale targowe niż miejsca służące oddawaniu czci Boga. Choć może właśnie o to chodzi, o kontrast pomiędzy doskonałością Stwórcy a nieudolnością ziemskich projektantów? Na szczęście nasi przodkowie nie mieli podobnych dylematów, dzięki czemu możemy dziś podziwiać ich kunszt i dążenie do piękna inspirowane harmonią Bożego dzieła.

/

Bialski kościół kryje w sobie jedną ciekawostkę niedostrzegalną dla nieznającego historycznych realiów człowieka. Kiedy patrzymy na niego z zewnątrz nie dostrzegamy niczego nietypowego – wieża nad kruchtą, nawa, prezbiterium - typowa świątynia, jakich wiele w swoim życiu widzieliśmy. Musimy jednak wziąć pod uwagę realia czasów, w których został wzniesiony. Tolerancja religijna nie była mocną stroną habsburskiego imperium a chrześcijanie innych niż katolicyzm wyznań nie mieli lekkiego życia pod władzą cesarzy. Wystarczy przypomnieć warunki jakim musieli sprostać budowniczy Kościołów Pokoju – nietrwałe materiały, brak wieży z dzwonnicą, ograniczony metraż i. tp.. Bialski zbór już na pierwszy rzut oka nie mieści się w tych ograniczeniach – jest murowany, ma wieżę i dzwon. Było to możliwe, gdyż prawo w Galicji różniło się od tego obowiązującego na Śląsku a i patent tolerancyjny wspomniany na początku znosił większość ograniczeń. Bialscy luteranie skrzętnie skorzystali z tych wszystkich możliwości i – jak napisałem powyżej – w roku 1790 kościół był już na tyle ukończony, że przystąpiono do wyposażania wnętrza a luteranie z Białej mogli wreszcie odprawić pierwsze nabożeństwo w świątyni równie pięknej jak te, które użytkowali ich katoliccy sąsiedzi.

 

Klasycystyczna budowla nakryta została drewnianym dachem a wewnątrz postawiono również drewniane chóry. Hojność członków gminy ewangelickiej była naprawdę ogromna, całe niemalże wyposażenie wnętrza kościoła pochodziło z darów ofiarowanych przez parafian. Ferdynand Nycz ufundował ołtarz do którego obraz ofiarowało kilku młodych parafian, sukiennicy złożyli się na organy i oświetlenie, G. Turk wysupłał grosz na marmurową chrzcielnicę a Edward Sohlich ufundował dzwon. Także później, kiedy kościół był całkowicie ukończony i mógł służyć wiernym nie spoczęli oni na laurach i ze wszystkich sił starali się uczynić go jeszcze piękniejszym – na chwałę Stwórcy i,  nie ma co ukrywać, jako własną wizytówkę. W roku 1817 ufundowano nową chrzcielnicę by uczcić w ten sposób jubileusz trzechsetlecia reformacji, w 1832 rozebrano drewniane chóry, które zastąpiono dwoma piętrami murowanych empor służących przy okazji jako wsparcie dla nowego sklepienia świątyni. Rok później kościół wyposażono w nową ambonę a w 1835 ustawiono wykonany przez krakowskiego artystę Joachima Korneckiego ołtarz z portykiem wspartym na czterech kolumnach i figurami czterech Ewangelistów. W dwa lata później został on ozdobiony obrazem „Jezus w Ogrójcu” namalowanym przez artystę z Wiednia  Dornhäusera. Wreszcie w 1848 roku, jako swoiste zwieńczenie dzieła stworzonego połączonymi siłami wiernych, budowniczych i artystów, zainstalowano w bialskim kościele organy z 1550 piszczałkami i ruchomymi figurami będące dziełem opawskiego organmistrza Karola Kutlera. Imię Marcina Lutra nadano mu dopiero w roku 1983, w pięćsetną rocznicę urodzin ojca reformacji.

 

Kościół im. Marcina Lutra w Bielsku-Białej jest niewątpliwą wizytówką miasta, która doskonale ukazuje klimat czasów, w których powstał. Cesarski patent tolerancyjny umożliwiający jego budowę może dziś być postrzegany jako zapowiedź nadchodzących zmian, ekumenizmu i dialogu międzywyznaniowego. I choć do drugiego Soboru Watykańskiego, który tolerancję religijną wpisał na stałe w nauczanie Kościoła Katolickiego musiało upłynąć prawie dwieście lat to kolejność zdarzeń uświadamia nam, że prędzej czy później doczekamy się całkowitej jedności chrześcijan. I o to właśnie powinniśmy zabiegać w swoich modlitwach wznoszonych do Stwórcy, zarówno my jak i luteranie oraz wszyscy wyznawcy Chrystusa. Kto wie, czyje wołanie przechyli szalę i zostanie wysłuchane jeśli nie z przyjaźni to chociaż z powodu natręctwa?

 

Alexander Degrejt