Wszystko zaczęło się pod kolumną Zygmunta, na placu Zamkowym. Patrzący z wysoka król musiał mieć niezłą minę, zobaczywszy tak kolorowy tłum ludzi. Dwadzieścia tysięcy koron przygotowanych przez organizatorów rozeszło się w kilkanaście minut. Otrzymywali je wszyscy – od radosnych dzieciaków, którym tekturowe korony spadały na oczy, ograniczając pole widzenia, aż po starszych, na których głowach korony zwyczajnie się nie mieściły i były zdmuchiwane przez wiatr. Każdy chętny otrzymywał do rąk także śpiewniki, które rozdawały urocze maluchy i młodzież – wszyscy uśmiechając się, a nawet momentami szczerząc zęby.

Bo to właśnie uśmiech był znakiem rozpoznawczym uczestnika orszaku. Uśmiechać musieli się też organizatorzy: mimo obaw pogoda dopisała. Co prawda mroźny (ale nieduży) wiatr niezbyt zachęcał do śpiewania kolęd, ale już styczniowe słońce na pewno podwyższyło liczbę uczestników Orszaku Trzech Króli. No właśnie, królowie. Choć korony na głowach miał każdy, komu tylko zmieściła się ona na głowie, to prawdziwych królów było trzech. Ani się nie obejrzeliśmy, jak po barwnych chorągwiach i sztandarach, śmignęli obok nas w pięknych strojach.

Kilka minut po dwunastej, ruszyli też wszyscy inni. Dookoła nas - cały przekrój Warszawy – od maluchów w wózkach, które próbowały zasnąć, przez dzieciaki obserwujące cały orszak na szyjach rodziców, aż po pary staruszków w gustownych nakryciach głowy. Z głośników płynęły kolędy, które uczestnicy z każdym przechodzonym metrem śpiewali coraz głośniej i żwawiej. Po przejściu kilkudziesięciu metrów, przywitał nas anioł zwiastujący dobrą nowinę w towarzystwie swoich asystentów – kleryków.

Aniołowie mieli jednak konkretną opozycję. Kilkaset metrów dalej, czarne jak smoła diabły próbowały zmienić postanowienia uczestników marszu, zachęcając, aby Ci zostali z nimi. I… połowicznie się to udało, bo wiele osób zatrzymywało się i robiło zdjęcia z diabłami. Mamy nadzieję, że mimo wszystko nie dali się im skusić i dotarli do Betlejem. Ci, którym diabły nie zmieniły drogi, za chwilę mieli kolejną przeszkodę na drodze do szopki. Oto na pokaźnym podwyższeniu, wraz ze swoimi sługami stał sam król Herod, którego hasło „Naród z Herodem, Herod z narodem” uzyskało spory aplauz wśród uczestników. Na szczęście ani pokusy diabelskie, ani polityczne nawoływania Heroda nie zmieniły naszej trasy.

Trakt Królewski z minuty na minutę był pokonywany. Na wypadek, gdyby mimo wszystko ktoś nie wiedział, którędy do Betlejem, na anielskim rusztowaniu tańczyły anioły, wskazujące przybyłym odpowiednią drogę. Gdzieś w tłumie panowała też walka pomiędzy wysłannikami Najwyższego, a ich czarnymi odpowiednikami z piekła rodem. Rezultat bitwy znany był jednak od początku. :)

W końcu wszyscy cali i zdrowi (acz z lekka przemarznięci) dotarli do Placu Piłsudskiego, gdzie nastąpiło uroczyste zakończenie Orszaku. Artyści z Adamem Woronowiczem na czele odśpiewali pastorałkę, a następnie odbył się koncert kolęd. Podczas śpiewanej pastorałki padły kapitalne słowa parafrazujące znane powiedzenie. Bo dzisiaj nam korony z głów pospadały. Przed Najwyższym. Duże poruszenie wywołała także wieść, że podczas modlitwy Anioł Pański, o naszym orszaku wspomniał Ojciec Święty. Dzieci miały za to frajdę z możliwości krótkiej przejażdżki na betlejemskim koniu, a także spojrzenia i dotknięcia spóźnionych na orszak wielbłądów. Zostały one jednak usprawiedliwione ze względu na zimową aurę do której nie są przyzwyczajone.

Wydaje się, że rację miał prezes Fundacji Trzech Króli, Piotr Wysocki, który przed orszakiem zdradził naszemu portalowi receptę na fenomen Orszaku. Trzy rzeczy, które sprawiają, że jest to coś więcej niż zwykły przemarsz: atmosfera wspólnoty, publiczne wyznanie wiary i szczypta ciekawości. Te trzy składniki wspólnie złączone, dają wielki i niezwykle smaczny wypiek. Wypiek radości na twarzy.

Marcin Fijołek