I wcale nie chodzi o to, że przyszła pani premier ma mniej więcej tyle charyzmy, ile Herman van Rompuy (by nie posłużyć się ostrzejszym określeniem pewnego eurodeputowanego w odniesieniu do byłego już „prezydenta” UE). To byłaby strata wyłącznie wizerunkowa, a wiele wskazuje na to, że czas polityki wizerunkowej w Europie się kończy, i że potrzebujemy polityków, może bez charyzmy, ale za to z cojones.
I właśnie ich brak (i to nie w znaczeniu dosłownym, a przenośnym) jest głównym problemem, jaki Polska będzie miała z Ewą Kopacz. Ta pani pokazała bowiem, że jest tchórzliwa wobec Rosji i że, byle tylko nie narazić się Rosjanom jest w stanie okłamywać nie tylko posłów, ale także wszystkich Polaków. Innego powodu, by opowiadać bajki o przekopaniu ziemi w Smoleńsku, niż strach przed Rosją i chęć podlizania się Putinowi nie było. Ewa Kopacz obawia się jednak nie tylko Rosjan, ale także „liderów opinii” z „Gazety Wyborczej”. I gdy ci „skazali na śmierć” niewinne dziecko „Agaty”, ona zrobiła wszystko, by „wyrok” na nim mógł być wykonany.
Te dwie historie pokazują, że Ewa Kopacz – choć trudno w to uwierzyć – będzie premierem jeszcze gorszym niż Donald Tusk. Ten ostatni potrafił bowiem, nieczęsto, ale zdarzało mu się to, pokazać figę postępowcom z „Gazety Wyborczej” (którzy wówczas pocieszali się, że nie jest on doskonały, ale przecież alternatywą jest „Kaczor”), a nawet odgrażać się (wiele miesięcy po Smoleńsku, ale jednak) Rosji. Nowa premier, a przynajmniej nic na to nie wskazuje, tego nie zrobi. Jej pozycja – wobec partii postępu – będzie za słaba, by się przeciwstawić, a gdy zaczną jej lecieć sondaże, zrobi wszystko, byle tylko uzyskać mocniejsze poparcie mainstreamu. A jeśli chodzi o politykę zagraniczną, to nic nie wskazuje na to, by jej kompetencje były w niej większe, niż w kwestii reformy zdrowia, którą ona i rząd, którego była członkiem kompletnie zawaliły.
Tomasz P. Terlikowski
