Pomysły rządu odrzuciło ponad 90 procent glosujących. To pierwsze od 1995 roku referendum uznane we Włoszech za ważnie przeprowadzone; kryterium bowiem jest 50 procent udziału. Stronnictwo Berlusconiego nawoływało do bojkotu głosowania, tłumacząc, że nie ma potrzeby jego przeprowadzania. Wyniki referendum spowodowały, że lewica świętuje; w Rzymie wieczorem tysiące ludzi bawiły się niczym podczas karnawału.
Wynik referendum spowoduje, że uchylona zostanie ustawa przyjęta rok temu z inicjatywy rządowej koalicji, dzięki której premier i rząd mogą usprawiedliwiać urzędniczymi obowiązkami nieobecność podczas rozpraw sądowych. Dla Berlusconiego, uwikłanego w wiele procesów był to faktyczny immunitet; teraz już nic go nie chroni i będzie na mocy prawa musiał w nich uczestniczyć.
Nie przyjęto także rządowego planu energetyki opartej na atomie, jednego z głównych punktów programu koalicji. Uczestnicy referendum odrzucili też projekty dotyczące zarządzania usługami publicznymi, m.in. prywatyzacji dostaw wody.
Główne stronnictwo opozycyjne - centrolewicowa Partia Demokratyczna - po ogłoszeniu wyników żądała by rząd Berlusconiego podał się do dymisji.
We Włoszech coraz powszechniejsza jest opinia, że Berlusconi utracił swój powabny wizerunek, przez co od dawna utrzymywał się przy władzy. Paolo Flores d'Arcais, wydawca dziennika „MicroMega”, stwierdził wręcz, że: „jego reżim jest skończony, teraz to już tylko zombie”.
Piotr Kowalczuk, korespondent „Rzeczpospolitej” w Rzymie, tak dla Fronda.pl komentuje sytuację we Włoszech:
„Mimo tego, że premier namawiał żeby w dniu referendum Włosi poszli się opalać, wzięło w nim udział 57 procent uprawnionych, a 95 procent spośród nich opowiedziało się przeciw Berlusconiemu i wszystkim pomysłom jego rządu poddanym pod głosowanie. Jednak głosowali także przeciw pomysłom, które były dość przemyślane, bo ceny prądu i wody we Włoszech są jednymi z najwyższych w Europie; w sumie zatem – głosowano, przynajmniej po części, przeciw własnemu interesowi, demonstrując w ten sposób brak poparcia dla Berlusconiego. Wyniki referendów nigdy nie powodowały upadku rządu, ale tym razem mogą wywołać kłótnie koalicjantów, czyli Ligi Północnej i Ludu Wolności. Zatem przyszłość premiera i jego partii nie jest wcale taka różowa, bo wygląda na to, że – jako, iż wybory muszą odbyć się najpóźniej w 2013 roku - Berlusconi nie zdoła przetrwać najbliższych dwóch lat, które pozostały mu do rządzenia. Dlaczego? Dlatego, że skoro tylu Włochów jest mu przeciwnych, to centroprawica musi zorganizować się wokół kogoś innego, tym bardziej, że za parę miesięcy Berlusconi kończy 75 lat.”
PK/Rzeczpospolita

