Amfiteatr Parku Praskiego gościł hip-hopowców, którzy sobotniego popołudnia postanowili opowiedzieć o swojej miłości do Boga. Od godz. 13 ruszyła kolejna edycja Festiwalu Praskiego – imprezy, której celem jest za pomocą ulicznej kultury dotrzeć do często zagubionych, młodych ludzi. Na koncercie wystąpili raperzy o różnym poziomie doświadczenia scenicznego i muzycznego dorobku. Bez wątpienia, każdy z nich miał coś ważnego do przekazania. Tego dnia, środowiska tak katolickie, jak i protestanckie, debiutanci, jak i muzyczni wyjadacze, grafficiarze, bboye, ze wsparciem DJ-a – pokazali jak o duchowych i ważnych sprawach można mówić w nowoczesny (i dobrze brzmiący) sposób. A sama impreza pokazała, iż można przy tym się po prostu dobrze bawić.
Preludium koncertu to występy „młodych wilków” chrześcijańskiego rapu. Często jeszcze brakuje im doświadczenia scenicznego, niektórym nawet nagranych studyjnych utworów (kto nagrał płytę w zasadzie już jest wyjadaczem), ale nie można odmówić im zapału i pasji. Odsłuchy na koncercie diametralnie różnią się od wrażeń przy odbiorze płyty, więc nie będę zajmował się recenzją samej muzyki poszczególnych składów. Oczywiście jak przystało na muzycznego zrzędę przyznaję, iż nie każdy utwór mnie porwał. W zasadzie po kilku wersach pojechanych offbeat nasunęła mi się myśl, że jeszcze wiele jest do zrobienia. Pamiętać natomiast należy, iż najważniejszy w tym wszystkim jest przekaz. Nie przez przypadek wybrano hip-hop na muzyczny fundament koncertu. W końcu jeden z elementów tej ulicznej kultury, czyli rap - to głos zwykłych ludzi. Nie musisz kończyć szkoły muzycznej, nie musisz pisać jak Sienkiewicz, a głos operowej divy tylko zaszkodzi – liczy się szczerość i to co masz w sercu. Na tym została zbudowana hip-hopowa kultura i jeśli ze sceny płyną autentyczne historie i prawdziwy przekaz, opowiedziane pod bit (i to nawet słyszalny) – mamy do czynienia z pełnoprawnym rapowym graniem. Zwłaszcza gdy w tym wszystkim tkwi edukacyjny pierwiastek, przesłanie dla ulic i podwórek.

Undergroundowe brzmienie z duchowym przekazem ściągało kolejne osoby pod scenę a ja się zastanawiałem, jak czują się sami twórcy, dla których częstokroć był to sceniczny debiut i co w ogóle sądzą o samym przedsięwzięciu. Dla zespołu Exaltart był to nie tylko pierwszy występ. Dla Kamila (po prostu Kamil, bez ksywy) był to również niezły szok, iż poprosiłem go o wywiad. Jak sam powiedział, ten wywiad również był dla niego pierwszy. „Jakie wrażenia z pierwszego koncertu? Wchodzisz na scenę, widzisz ludzi, podłoga się rusza, nie wiesz czy pamiętasz tekst (śmiech). Ale przede wszystkim cieszę się, że mogłem powiedzieć to co mam w sercu. I mam bardzo dobre odczucia, iż to dotarło do ludzi”. W zasadzie nie musiałem o nic pytać, gdyż sam opowiedział mi dlaczego tutaj wystąpił. Doświadczenia jego życia z których wyciągnął go Jezus. Tego dnia ze sceny popłynęło wiele takich świadectw. Przestroga dla młodych, ale również ważna informacja o powrocie na właściwe tory życia. „Siedziałem pod blokiem jarałem blunty, brałem piguły. Czasem na imprezę się chodziło i człowiek wziął 12 piguł. Próbowałem tez grzybków halucynogennych. Przez 6 lat mojego ćpania, płakałem w sercu, gdyż nie wiedziałem jak się od tego uwolnić. Jak dać sobie z tym radę. Szukałem prawdy. Któregoś dnia przyszedł mój kumpel, z którym tworzę teraz zespół i opowiedział mi o Jezusie. Urąbałem szkołę i studia bo ćpałem. Po tej rozmowie klęknąłem w domu i powiedziałem: Jezu, słyszałem o Tobie, jeśli Ty jesteś, to mi pomóż, bo ja się zabiję. Obudziłem się rano i byłem… wolny. Odrzuciłem narkotyki. Jestem wolny od złych myśli, nie chleję, nie ćpam. Odkąd się nawróciłem moje życie nabrało jakości. Chciałem powiedzieć tym ludziom, że jest inna droga. Że Jezus jest realny. On naprawdę żył i Zmartwychwstał - ma moc zmienić życie. Ja to wiem, ja tego nie przeczytałem, ja tego doświadczyłem. Hip-hop zawsze siedział w moim sercu, dlatego w tym się realizuję”. Po wywiadzie jeszcze chwilę rozmawiamy, opowiadam mu o Frondzie. O tym jak ważny jest dla nas Jezus, Kościół Katolicki, Polska i… dobra muzyka, czyli rap (a najlepiej dobry rap). Choć sam nie jest „katolem” to nie kłócimy się o sprawy religii. Czuć chrześcijańską jedność. Na scenie pojawia się raper o ksywie Kryzys. Z jednej strony debiutant – bo tak naprawdę jeszcze nie nagrał płyty i nie ma po kieszeniach poupychanych demówek do rozdania, z drugiej wyjadacz, gdyż zjechał Polskę wzdłuż i wszerz, odwiedzał zakłady karne i domy poprawcze – grając tam koncerty, idąc z Dobrą Nowiną do tych, najmocniej pogubionych. Raper nie przejmuje się brakiem tłumów pod sceną. Ocenia inicjatywę koncertu w bardzo dojrzały sposób. „Jeśli jakakolwiek osoba, będzie przez to uratowana. Jeśli choć jedną duszę wyratujemy od piekła – to jak najbardziej ma to sens”. Czym jest dla niego rap? „Jest to moja rozmowa z Bogiem. Wołanie do niego. Przekazywanie ludziom, aby łatwiej zrozumieli na osiedlach, na ulicach, to co Bóg chce dla nich zrobić. To jaki ma dla nich plan. Że Jezus umarł i zwyciężył grzech, i każdy nas może od tego grzechu się odwrócić. Za pomocą rapu chcę dotrzeć z takim przekazem”. On nie skreśla młodzieży określanej, jako trudna. Z zapałem opowiada o swojej misji. „Jeżdżę po całym kraju. Robimy profilaktykę w szkołach. Docieramy do szkół. W której mówimy, że Jezus jest jedynym wyjściem. Docieramy do zakładów poprawczych do domów dziecka, do pogotowia opiekuńczego. Jesteśmy na ulicy i widzimy jak ludzie są niszczeni przez narkotyki i alkohol. Młodzież nie jest głupia, to są ludzie zranieni…do nich trzeba dotrzeć z miłością ale zarazem bez kompromisu dla grzechu. Młodzi są tak naprawdę otwarci, są wspaniali, mają wiele talentów, a to że piją i ćpają wynika często z sytuacji w domu, w rodzinie. Dziś jest taki świat – mocno zwariowany…”. Po ostatnim zdaniu przypomina mi się oldschoolowy wers ze składaka Volta „zwariował świat, który mnie wychował”. Ktoś to jeszcze pamięta? Raperzy z pierwszej części koncertu, z pewnością. Rozmawiam z nimi o starej szkole polskiego rapu. Choć sami nie mają wielkiego muzycznego dorobku, co nie jest dla nich ujmą – to z respektem wspominają rap, na którym się wychowali. Podkreślają również, iż w tekstach kryło się wiele patologii. Narkotyki, hedonizm, alkohol – Kryzys ma rację, faktycznie to mocno zwariowany świat.

Impreza nie jest hip-hopowa tylko tym co rozbrzmiewa ze sceny. Inicjator i współorganistar rapfestiwalu Dobromir „Maku” już zadbał o klimat koncertu. To MC z krwi i kości (Mistrz Ceremonii – red.). Po występie każdego z zespołów wyskakuje do ludzi i chodząc między nimi freestyluje o tym co widzi. Słychać, że jest w formie, jego free jest ciekawy, świeży, metafory są z wielkim poczuciem humoru. Nie ma bluzgania i „napinki”. Jakby powiedzieli rodowici mieszkańcy Pragi – freestyle „z biglem”. Na ścianie amfiteatru, za plecami artystów w pocie czoła grafficiarze „bombią” nazwę Festiwalu. Obok sceny przygotowują się bboy-e. Z każdą godziną imprezy przybywa coraz więcej osób. Mak stara się jak najbardziej zaangażować publikę. Zachęca dzieciaki (które chłoną hip-hop i świetnie się bawią) aby brały udział w losowaniu. Dla uczestników imprezy przygotowano nagrody. Maku nie tylko zabawia publikę – on jej przekazuje świadectwo swojego życia. Opowiada o ulicy, o tym jak był narkomanem i złodziejem. Na swoim przykładzie pokazuje młodym, iż nawet z najgorszej drogi można zawrócić. Można dzięki pomocy Boga odmienić swoje życie. I to najlepiej obrazuje, czym jest Festiwal Praski. Mamy tutaj klasycznie hip-hopową imprezę, z rapem, graffity, breakdancem, z freestylem i luzem, a zarazem ważne przesłanie i uduchowione świadectwo. Na scenie byli kolejni z młodego narybku chrześcijańskiego rapu eM, Pees, EKS, Lajf. Do tego grona dołączył wielce niespodziewany gość. Po kolejnym z występów Maku, ze sobie znaną freestylową swadą zaprasza do battla (bitwy na rymy – red.). Na scenę wychodzi… Wujek Samo Zło. Freestyle bez przekleństw i jechaniu po rodzinach. Jak do tego doszło, iż tak barwna postać naszej sceny zaszczyciła koncert swoją obecnością? „Pełen spontan. Mój udział w imprezie nie był planowany. Była to w pełni freestylowa akcja. Ja reprezentuje pozytywny hip-hop i staram się docierać do szerokiej grupy odbiorców. Nie mam nic przeciwko, aby wystąpić na takiej imprezie. Oczywiście limit koncertów charytatywnych wyrabiam (śmiech). Wiadomo, ciężko się z tego utrzymać. Dla niektórych pojawiłem się jako wielka gwiazda a jestem tylko zwykłym szarym człowiekiem. Może nie bogatym materialnie ale przynajmniej bogatym duchowo” – podkreślił w rozmowie ze mną, dobrze znany hip-hopowcom, WSZ.
Pod sceną coraz więcej osób. Może się jeszcze nie kotłuje, artystom nie radziłbym skakać na publikę, ale frekwencja zdecydowanie rośnie w siłę. Przyszedł czas na pro-zawodników. Na scenę wychodzi ARCI. Już po pierwszym utworze widać i słychać, że gościu wie jak złapać kontakt z publicznością. Reggae wymieszane z rapem daję tutaj niesamowitą energię. A przy utworze „Ruszaj się” to jakieś istne szaleństwo. Ludzie skaczą, bawią się, dzieciaki wskakują na scenę. Przy refrenie „jeśli czujesz ten pozytywny klimat to tańcz, tatańcz, tatańcz!” – sam mam ochotę rzucić aparat i przyłączyć się do wcielających wers w życie… Ok., robię po prostu robię zdjęcie i czekam na kolejny utwór. ARCI zagrał naprawdę niesamowicie. Na wokalu wspierała go Dorota – dodając kawałkom fajny lekki vibe. W sam raz do pozytywnej zabawy. Po takim występie nie ma innej możliwości – trzeba pogadać z ARCIM. Artystę spotykam na backstage-u. „Grało się bardzo fajnie, bardzo pozytywnie. Jestem na maxa zajarany tym koncertem. Jak wyszliśmy to było, jednak coś innego. Oceniam bardzo dobrze taką inicjatywą. Bóg jest w Polsce tematem tabu. Ludzie myślą, że jak mówisz o Bogu to coś jest z Tobą nie tak. Gdy promuje się w muzyce sex, narkotyki i alkohol – dla wielu nie ma żadnego problemu. A my nie możemy w naszych utworach przekazywać o naszym wspaniałym Panu Jezusie Chrystusie, który jest mocą zbawczą, dzięki niemu nasz życie może się zmienić”. I tak jak w poprzednich rozmowach, w zasadzie o nic nie muszę pytać. Wiadomo, że poza samą zabawą – ten festiwal to prywatna misja każdego z wykonawców. „Osobiście doznałem takiej zmiany. Długo siedziałem w alkoholu i marihuanie, znałem tylko życie imprezowe, robiłem przeróżne rzeczy. Na szczęście się z tego nawróciłem. Bóg zmienił moje życie. Poznałem prawdę, że Bóg to nie jest jakaś bajka, wkręcana przez ludzi zapatrzonych w obrazki – nie, Bóg żyje, jest realny, działa i ja chcę to przekazać ludziom. Ja po prostu chcę przekazać ludziom o takie wartościach. Ludzie są pogubieni i potrzebują w swoim życiu Jezusa”. – podkreślił. Z tym człowiekiem można by gadać godzinami. Podobnie jak jego muzyka, niesamowita postać. Nie można natomiast zapomnieć o wokalistce, która wspierała Arciego w czasie koncertu. „Było bardzo spontanicznie, bardzo fajnie. Z Arcim nigdy nie wiadomo co się będzie działo (śmiech). Szczerze mówiąc, od roku z nim nie śpiewałam. Do końca nie wiedziałam, jak to wyjdzie. Na szczęście była fajna energia. Udzielam się obecnie w 4 zespołach (śmiech). W każdym z projektów, staram się przekazać chrześcijańskie wartości” – krótko o koncercie i swojej karierze Dorota Sikora. Ze sceny słychać wokal, jakby ktoś go przepuścił przez trąby jerychońskie. Trzeba gnać z backstage-u pod scenę – to Bęsiu, czyli czas na Rymcerzy. Yonas i Bęsiu skaczą po scenie, nawijają z całych sił – widać zaangażowanie w koncert i nagle pada… prąd. Co jest? Stowarzyszenie Ateistów i Wolnomyślicieli dorwało się do konsolety? Ciemno jak okiem wykol. Dobrze, że nie widzę konsternacji na twarzy raperów, bo na pewno takowa teraz tam zawitała. I nagle refren jednego z kawałków Rymcerzy nawija sama publika. W tej ciemności szykowała się niezła klapa a wyszedł całkiem niezły popis koncertu unplugged. Jeśli Rymcerze się załamali całą sytuacją, to publika niesamowicie ich odbudowała. W końcu rusza zasilania i RMC-y z nowymi siłami znowu grają. Po ich występie pozostał już tylko MVP koncertu – czyli Frenchman.

Ten wybitny twórca hip-hopu i reggae pokazał, że mimo zmęczenia można „pojechać” fajny koncert. Będzie lepiej, Pocokomudiss, Świadectwo, O Sielance, a dla pamiętających Frenchmana jeszcze z projektu Jamal nie lada gratka w postaci solówki z kawałka Trippin. Dobra energia i wielki respekt za to, iż mimo zmęczenia (Frenchman przyjechał rano z innego koncertu) i lekko zdartego wokalu od stania na mrozie i czekania na swoją kolej występu (umilonej rozmowami z każdym, kto chciał porozmawiać z artystą) wystąpił i włożył dużo wysiłku w swoje kawałki. Wydaję mi się, że cieniem na tej sytuacji kładzie się element organizacji koncertu. Artyści byli… losowani. Zamiast ustalić hierarchiczną kolejność, występy były losowane, i tak raperzy musieli czekać przy scenie po kilka godzin. A pogoda nie rozpieszczała. Przy następnej edycji Festiwalu warto to zmienić. Frenchman, sam ubolewał nad tym, iż nie mógł dać z siebie maxa. „Od czekania przez kilka godzin zdążyłem sobie trochę gardło przeziębić i nie mogłem dać w 100% to co chciałem dać publiczności. Bardzo nad tym ubolewam i po prostu za to przepraszam. Oddałem wam tyle ile mogłem”. Moim zdaniem dał bardzo dużo, więc nie wiem skąd takie przeprosiny. Jak przystało na tej klasy artystę ocenił koncert w bardzo obiektywny sposób, podnosząc poprzeczkę przed następną edycją festiwalu „Samą inicjatywę oceniam jako bardzo spoko. Naprawdę to bardzo fajne. Natomiast pamiętajmy, że chrześcijańskie imprezy muszę mieć najlepszą jakość. Jeśli to są takie treści to tym bardziej musimy ściągnąć więcej niż 200 osób na taki festiwal. Fajnie, że było dużo dzieciaków. Dlatego też właśnie nie zagrałem np.: utworu „Niemoralne” bo uważam, że zbyt hardkorowe kawałki to nie materiał na taką imprezę. Pamiętajmy, że tutaj ma być dobra zabawa, z fajnym przesłaniem, a nie można przesadzić i grać nazbyt ciężkich refleksji”. Emsi misyjny nie osiada na laurach tylko rusza dalej z koncertami. „Będę w Gliwicach i w Krakowie, na początku przyszłego miesiąca. W Gliwicach będzie to spotkanie mocno ewangelizacyjne, z młodzieżą – więc dalej ruszam z dobrym przesłaniem. Bardzo lubię takie akcje. W Krakowie będziecie mogli mnie spotkać w klubie „Paranoja”. Pozdrawiam wszystkich i do zobaczenia na fajnych imprezach”.
Relacjonował M.Z.Bruszewski










