Prezydent sam jest sobie winien oskarżeń o wybielanie komunistów i nie zmienia tego fakt, że trzydzieści lat temu stał po przeciwnej stronie, niż ZOMO. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr – uważa Stefan Sękowski.

Mam to szczęście, że 13 grudnia 1981 roku nie było mnie jeszcze na świecie. Nie pamiętam więc stanu wojennego. Ale pamiętam o stanie wojennym – tak jak uczestnicy marszów żywych pamiętają o Holokauście.

Mój wiek daje mi jeszcze jedną przewagę nad tymi, którym czołgi na ulicach i godzina policyjna zapadły głęboko w pamięć: mogę historię ocenić o wiele chłodniej, niż oni. Nie mam kompleksu Wałęsy, nie muszę rozstrzygać w sercu dylematu między uznaniem go za bohatera, a żalem nad jego beznadziejną prezydenturą i ogólnie rzecz biorąc tym, co robił po 1989 roku. Ne mam też kompleksu Bronisława Komorowskiego, który 13 grudnia 1981 roku został internowany. Nie przeszkadza mi to krytycznie oceniać jego umizgi wobec postkomunistów i nie daję się zaszantażować „gazetowyborczą” grą jego opozycyjną kartą życiorysu.

Z życiorysem jest bowiem tak, że pisze się on od narodzin do śmierci. Z tego co wiem, Bronisław Komorowski nie umarł w 1989 roku, w związku z czym jego biografia nie zakończyła się na działalności w opozycji demokratycznej. Tak, jak w młodości można wykazywać się czynami heroicznymi, tak po pięćdziesiątce można dokonywać czynów haniebnych, takich jak zaproszenie Jaruzelskiego na zebranie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Józef Zajączek też zaczynał jako obrońca konstytucji 3 maja i powstaniec, a skończył jako carski namiestnik, którego lojalność była niemal przysłowiowa.

Komunistyczny dyktator nie zasługuje na to, by traktować go jako nobliwego lewicowego polityka na emeryturze. Komorowski zdaje się darzyć go atencją taką, jaką byłego socjaldemokratycznego kanclerza RFN Helmuta Schmidta darzą nasi zachodni sąsiedzi. Tymczasem powinien do Jaruzelskiego podchodzić tak, jak niemiecka klasa polityczna – oprócz zakutych postkomunistów z Partii Lewica – podchodzi do ichniego odpowiednika „Spawacza”, czyli Ericha Honeckera, który oskarżony o zdradę i komunistyczne zbrodnie zmarł na obczyźnie, w Chile.

Z tego też powodu wczorajszy protest pod domem Jaruzelskiego, który objął nie tylko przypomnienie przestępstw stanu wojennego, ale także krytykę poczynań prezydenta Polski w kontekście jego bratania się z postkomunistami, był jak najbardziej zasadny. Fakt, iż „Gazeta Wyborcza” klawiaturą Pawła Wrońskiego stara się to zgromadzenie wyśmiać, nie powinien nikogo dziwić – w końcu czego oczekiwać od medium, którego redaktor naczelny Adam Michnik kazał kilkanaście lat temu wszystkim „odpieprzyć się od generała”. Komorowski sam jest sobie winien i nie zmienia tego fakt, że trzydzieści lat temu stał po przeciwnej stronie, niż ZOMO. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr.

Stefan Sękowski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »