Amsterdam. Jesienny deszczowy wieczór. Już prawie zmierzcha. Czekam na tramwaj, który zabierze mnie do domu trasą wiodącą przez Amstel - dzielnicę, gdzie pokolenia robotników przemysłowych trudziły się nad budową kanałów, aby zarobić na niewielkie lokum na terenach położonych tylko nieco poniżej poziomu morza.
Na przystanku porozrzucane rowery, pudełka po frytkach, gazety, serwetki przyklejone do ziemi przez deszcz i jakieś dwadzieścia osób oczekujących na tramwaj w schronieniu niewielkiego metalowego zadaszenia. Na torach leży czarny parasol, wygięty przez wiatr. Z pewnością ktoś upuścił go tu w ciągu dnia. Wygląda jak rozgnieciony robak (widok popsutych rowerów i parasoli, zwłaszcza po deszczowej wichurze, nie należy tu do rzadkości; Holendrzy traktują je jak Amerykanie papierowe talerze).
Nadjeżdża tramwaj, ale zatrzymuje się kilka metrów przed przystankiem. Drzwi pozostają zamknięte. Pojazd nie może zatrzymać się na przystanku dopóki ktoś nie podniesie bezużytecznego parasola. Ale nikt się do tego nie kwapi. Wszyscy chcą wsiąść do tramwaju, lecz nikomu nie chce się usunąć parasolowej przeszkody. Zarówno motorniczy, jak i przyszli pasażerowie zdają się myśleć to samo – ktoś inny powinien to zrobić: non serviam. Podnoszę więc parasol i wrzucam go do śmietnika. Tramwaj podjeżdża bliżej, zabiera pasażerów i zawozi ich do domów, ogrzewanych restauracyjnych tarasów lub być może na nocną zmianę w pracy. Pasażerowie nie zamieniają ze sobą ani słowa.
Nieco ponad rok temu w Stanach Zjednoczonych zakończył się sezon wyborczy. Objął on okres od sześciu do ośmiu pór roku – w zależności od tego kiedy rozpocząć odliczanie. Kilka miesięcy przed wyborami mieszkańcy Europy Zachodniej nazywali je po prostu "wyborami", bez potrzeby kwalifikowania ich jako "amerykańskie" czy "prezydenckie". Wszyscy wiedzieli o jakie wybory chodzi. Tymczasem większość Amerykanów jest przekonanych, że cały ten proces odbywa się wyłącznie w granicach ich kraju. Nie zdają sobie sprawy z tego, że znaczna część okołowyborczego podniecenia wydostała się na zewnątrz Stanów Zjednoczonych – zwłaszcza do Europy.

Podczas gdy generalne sympatie Europejczyków są w Ameryce powszechnie znane (pro Obama), ich pośrednie uczestnictwo w wyborach już mniej. Kiedy nadszedł czas na zmianę, stali się częścią ‘We’ [my'/> w wyborczym haśle Obamy ‘Yes, We Can! Poczuli że ich obowiązkiem jest zrobić co tylko w ich mocy – chociażby przekonać znajomych do kandydatury młodego senatora (ale w niektórych przypadkach także pojechać do Ameryki by wziąć udział w trwającej tam kampanii) – aby umożliwić tę, jakże niezbędną w ich mniemaniu, zmianę. Myśleli, że to zadanie należało właśnie do nich, nikogo innego. I kiedy wygrał polały się łzy, niektórzy przyłożyli dłoń do serca, byli rozpromienieni. Wielu przeżyło zwycięstwo Obamy jak osobisty sukces, jak narodziny dziecka lub awans zawodowy. Dla nich oznaczało ono koniec wielu znojów poprzedniej ery – ośmiu długich lat strachu i zaciskania zębów w oczekiwaniu na cotygodniowe intrygi pary niegodziwców: Busha i Cheney’a.
Teraz ta nużąca już wręcz nienawiść, jaką żywili do Busha, uległa niemalże magicznej transformacji w miłość do człowieka o złotym nazwisku. A droga do postępu ponownie została wyłożona dobrymi intencjami.
Ten uderzający przykład ilustruje pewną uniwersalną prawdę: wielu przeciętnych Europejczyków uległo przekonaniu, że cokolwiek wydarzy się w Ameryce i jakkolwiek zmienią się interesy Amerykanów za granicą, będzie to miało doniosły wpływ nie tylko na interesy ich kraju czy jakieś istotne wydarzenia na świecie, ale na ich życie osobiste. W rezultacie gospodynie domowe, informatycy, piekarze, dozorcy, nastolatkowie, taksówkarze, biznesmeni i spedytorzy zaczęli zupełnie poważnie interesować się wydarzeniami w irackich wioskach, których nazw nie są w stanie wymówić i sprawami ich anonimowych mieszkańców, problemami w amerykańskich więzieniach zajmowanych przez ludzi, których z pewnością nie chcieliby spotkać na ulicy oraz milionami statystycznych Amerykanów nieobjętych ubezpieczeniem zdrowotnym.
Iluzoryczna wizja, że rozwiązanie największych światowych problemów zależy wyłącznie od poczynań Ameryki odwraca uwagę Europejczyków od ich własnych spraw. U podstaw tej wizji leży założenie, że Ameryka jest przyczyną tych problemów – założenie, które w oczywisty sposób pomija fakt, iż niektóre z tych problemów mają swoje źródło w czasach, kiedy u steru międzynarodowych uzgodnień byli Holendrzy, Otomanie lub Anglicy. Logika ta ma również zastosowanie w interpretacji spraw wewnętrznych: odległe zewnętrzne czynniki wydają się odpowiadać za lokalne problemy. Weźmy przykład popularnej aktualnie w Europie Zachodniej postawy wobec kwestii żydowskiej: Izrael i Palestyńczycy. Gdyby tylko nastał pokój w Palestynie, gdyby tylko Ameryka odstąpiła od spraw Izraela, wówczas nasi muzułmańscy obywatele ochoczo zintegrowaliby się z naszą europejską kulturą. I tak, norweski komitet noblowski de facto przywiązał amerykańskiego prezydenta do karocy, którą Europejczycy będą powozić po to właśnie, żeby rozwiązać problem, który stanowi Ameryka, a więc problemy świata. Zarówno przyczyny, jak i rozwiązania wewnętrznych spraw społecznych i politycznych uległy eksternalizacji.
Piszę tu o europejskim zainteresowaniu Ameryką, ale problem nie ogranicza się do Ameryki. Zachodnioeuropejskie elity polityczne zajmują także problemy wewnętrzne innych państw – relacje Chin i Tybetu, polowanie na foki w Kanadzie, AIDS w Afryce – które automatycznie stają się egzystencjalnymi problemami ich samych i ich krajów. Tym samym kolonizują oni cudze problemy. I tak zwyczajni obywatele nabierają przekonania, że te międzynarodowe obawy mają wpływ na ich osobiste szczęście i odwracają uwagę od hord problemów we własnym domu. W ciągu kilku ostatnich dziesięcioleci społeczeństwa zachodnioeuropejskie stworzyły tradycję pośredniego uczestnictwa w problemach tych, wobec których los był rzekomo mniej łaskawy.
Paternalizm tego nowoczesnego kolonializmu jest w pewnym sensie bardziej arogancki niż ten z ery tradycyjnego kolonializmu, w którym kolonie były elementem politycznej i społecznej rzeczywistości. Mieszkańcy kolonialnych państw Europy mieli przynajmniej wiedzę o swoich koloniach, podróżowali do nich, inwestowali, żyli wśród lokalnej ludności – idealizowali je nawet w muzyce i literaturze. Interesowali się ich wewnętrznymi problemami. Kiedy kolonia jest jedynie wytworem wyobraźni, trudno rozpatrywać ją w tych samych kategoriach.
Być może Czytelnika nie dziwi żadne z powyższych spostrzeżeń. Być może myśli: ‘to oczywiste, że współczesny wykształcony człowiek przejmuje się stanem świata i jego zróżnicowaną ludnością’. Aby podkreślić wyjątkowy charakter tego typu kolonizacji proponuję, by Czytelnik wyobraził sobie inne kultury i kraje świata – zwłaszcza Trzeciego Świata – kolonizujące nasze problemy i troski. Wyobraźmy sobie społeczności Mongołów czy Malezyjczyków pośrednio uczestniczących w problemach francuskich związków zawodowych w fabrykach samochodów, angielskiej chorobie bydła, przemycie młodych kobiet z Europy Wschodniej do amsterdamskich domów publicznych, rozwiązłym życiu premiera Włoch. Wyobraźmy sobie, że ich ulubionym sposobem na spędzenie wieczorów i weekendów jest rozmyślanie o tych rozmaitych sprawach.
Tym, co czyni kolonizację cudzych problemów tak atrakcyjną w oczach Europejczyków, jest przede wszystkim fakt, że odpowiada ona w dużym stopniu duchowi naszych czasów. Instalowane na całym świecie kamery monitorujące ‘kolonie’ nasilają nasze drażniące podglądactwo, a informacyjne autostrady karmią nas cominutowymi sprawozdaniami z globalnych wydarzeń. Ten kolonializm nieobecnych przynosi korzyści i pozostawia czyste ręce. Ponadto, umożliwia ucieczkę od rzeczywistości bez poczucia winy. Pasuje do naszej epoki, ponieważ jest całkowicie dobrowolny i niewymagający. Skoro zainteresowanie problemami innych w istocie nic nie kosztuje, nie wymaga przelewu krwi ani nakładów finansowych, jak to miało miejsce w czasach właściwej kolonizacji, tym chętniej się je podejmuje. W oficjalnych gremiach fenomen ten nosi nazwę pomocy zagranicznej. Chociaż może być ona dość kosztowna, społeczeństwa udzielających jej państw nie ponoszą na jej rzecz tak kosztownych ofiar jak na przykład Brytyjczycy walczący ramię w ramię z aliantami w czasie drugiej wojny światowej.
Kolonizowanie cudzych zmartwień nic nie kosztuje w nominalistycznej kulturze wolności słowa i wyrazu, w której słowa nie są znowu tak istotne (niezależnie od tego, co mówił ci twój profesor, to nominalizm sprawił, że w epoce modernizmu wolności słowa praktycznie się nie kontestuje). Dlaczego więc nie zająć stanowiska we wszystkich sprawach, niezależnie od tego co wiesz o Iranie, przemyśle naftowym, połowach ryb na Oceanie Indyjskim, lodowcach w Grenlandii, epidemii AIDS w Kongo czy nieurodzaju na Sri Lance? Jeśli w pewnym momencie twojego stanowiska nie da się już łatwo obronić (lub jeśli przestanie być popularne), zawsze możesz zająć stanowisko z przeciwnej strony barykady. Jeśli twoje zatroskanie jest szczere, będziesz zainteresowany – zwłaszcza tym, czym przejmują się inni. Zapoczątkowany w dziewiętnastym wieku kulturalny zwyczaj czytania prasy w celu zaczerpnięcia wiedzy o bieżących wydarzeniach z kraju i ze świata, uległ niestety metastazie w imperium empatii. Coraz więcej zakątków świata trafia w miękkie euro-objęcia.
Ironia polega na tym, że Europejczycy skupili uwagę na tych problemach, których nie są w stanie rozwiązać: na kwestiach o uniwersalnym charakterze i międzynarodowej skali, a także polityce wewnętrznej wielu obcych państw. To natomiast, co mogliby zmienić na własnym podwórku, zostaje oddelegowane do specjalnej komisji lub biura. Ten luksus zatroskania – możliwość dowolnego zdefiniowania osobistych problemów zlokalizowanych w odległym miejscu – utwierdza zwykłych ludzi w przekonaniu, że nie marnują życia zajmując się polityką międzynarodową, że nie zaniedbują swoich obowiązków dokonując arbitralnego wyboru, z polityką wewnętrzną którego kraju należy związać swoją własną osobowość. To, co leży u progu, można zlekceważyć i w istocie lekceważy się – wszystko z wyjątkiem prasy i ćwierkania pewnego gatunku ptaków, tzw. Tweeting.
Widzimy tu przykład zepsutej cnoty. Troska jest formą opieki, odpowiedzialności. Jej esencją jest dbanie o dobro innych: miłość bliźniego. Ma ona coś z łacińskiego caritas – czynnej troski o drugą osobę odzwierciedlonej w ‘kocham cię’ i ‘zależy mi na twoim dobru’. Wymaga ona jednak osobistej znajomości, tj. osobistej wiedzy na temat osoby, której niesiona jest pomoc. ‘Skandal partykularności’ jest obecny zarówno w miłości, jak i trosce: nie są one ani ogólne ani abstrakcyjne. Mimo to, nadal głównie troszczymy się o to, czego nie znamy. Kochamy bezwiednie. Ale miłość pozbawiona wiedzy może być brutalna – akt woli pozbawiony rozsądku. Zależy ci tak bardzo, że chcesz zmienić to, co nie gra, uporządkować, naprawić. Nie masz pojęcia jakie konsekwencje mogą przynieść proponowane zmiany, a niekiedy nawet, co w istocie powinno być przedmiotem owej zmiany. Na całym Zachodzie cnota została skrzywiona przez ignorancję.

W Europie troskliwość jest jeszcze bardziej korumpowana przez chorobę duszy. Aby naprawdę kochać bliźniego jak siebie samego, musisz najpierw pokochać siebie. Jak możesz prawdziwie kochać drugiego człowieka, jeśli nienawidzisz siebie i czujesz się współwinny i współodpowiedzialny za błędy swojej przeszłości? Europejczycy nienawidzą siebie w taki właśnie sposób – nie jest to nienawiść indywidualna, lecz zbiorowa. Nienawiść wymierzona przeciwko zachodniej burżuazji, której byli (i w zasadzie nadal są) częścią. W dużej mierze właśnie dlatego pociąga ich nadzieja i zmiana. Jeszcze mocniej uwydatnia to fakt, że bezdzietna Europa jest tak samo wynikiem samonienawiści jak i miłości własnej: Europejczycy nie chcą się reprodukować. Poczucie winy za kolonializm, wyprawy krzyżowe, zachodni imperializm, degradację środowiska idzie w parze z potrzebą rekompensaty, zadośćuczynienia. Rodzi ono pewien psychologiczny mechanizm, który ogólnie rzecz ujmując charakteryzuje nastawienie przeciwko sobie i przeciwko miłości siebie. Zjawisko to funkcjonuje jak coś, co można by nazwać logiką wegańską: skoro ja nie mogę delektować się mięsem, inni też nie powinni. Skoro ja nie mogę cieszyć się życiem (z racji win przodków), inni też nie powinni. Wniosek: nie jestem w stanie uporządkować siebie, więc muszę naprawić świat. Taki sposób myślenia grozi Europejczykom utratą fundamentów braterskiej miłości i kultury autentycznej troskliwości.
Gdyby jednak Europejczycy zaniechali kolonizacji obcych problemów, mieliby mnóstwo wolnego czasu na zajęcie się własnymi sprawami – parasolami, które blokują tramwaje. Do tego potrzebne jest obniżenie poprzeczki ambitnych planów na zaprowadzenie pokoju i harmonii na świecie i ogłoszenie moratorium na nieustanne wytykanie palcem drzazgi w oku bliźniego. Niemniej jednak, nawet jeśli Europejczycy skupią większą uwagę na problemach z własnego podwórka, nadal pozostaje problem lokalnej kolonizacji trosk i zmartwień. Socjaldemokraci i partie pracy skolonizowały już nawet troski mniejszości w Europie. W efekcie białe zachodnie elity zasiadają do rozmów na temat integracji Muzułmanów niemal wyłącznie z innymi białymi zachodnimi elitami. Niestety nie widać światełka w tunelu. Całkiem niedawno Norwegia dokonała kolonizacji amerykańskiej prezydentury.
Jak mawia amerykański filozof Peter Lawler, konserwatyści mają w zwyczaju rzucać nihilizmem jak frisbee. Potępiają nihilizm Europy. Opłakują (i słusznie) uczoną "przedśmiertną wspólnotę" europejskiej kultury kafejek. Wskazują także na eurodekadentyzm w sferze seksualności, pracy, rozrywki i przywilejów. Ale wspomniana możliwość wyboru własnych trosk wydaje się o wiele bardziej dekadencka. I jak widać, taka właśnie atmosfera zaczyna dominować w Europie. Ameryka nie jest jednak lepsza. W każdym razie nie Ameryka w pewnym szczególnym ujęciu. Od czasów II wojny światowej Europejczycy stali się bardziej amerykańscy i to w niewłaściwy sposób. Są to indywidualiści, pozbawieni jak nigdy wcześniej korzeni, niezwiązani ani z rodziną, ani z tradycją, ani krajem, ani też wyznaniem. Ich motywację stanowią prawa (przywileje) i konsumpcja: “kolektywni konsumenci", jak ich nazwał duński pisarz David Gress. Mogą definiować siebie jak tylko chcą i redefiniować jak jest im wygodnie.
Kreatywność w tym względzie jest jednak domeną niewielu. Tak więc większość definiuje siebie zgodnie z panującą modą: aktualnym Zeitgeist jest międzynarodowy aktywizm, a kolonizacja trosk - modus operandi. Człowiek znikąd uważa, że skoro nie jest przywiązany do jednego miejsca, może być wszędzie lub gdziekolwiek chce. Nihilizm przejawia się tu zatem jako nicość znikąd.
Byłoby mądrym i roztropnym dla Amerykanów, zwłaszcza o konserwatywnych poglądach, wiedzieć co dzieje się w Europie. Wiedza ta pomogłaby im zrozumieć ich własny kraj. Amerykańscy liberałowie z wybrzeży są zasadniczo kopiami europejskich socjalliberałów, a Ameryka zawsze flirtowała z napędzaną ideałami polityką z pogranicza (w której kwitnie kolonizacja trosk). Często słyszy się zarzut (w większości przypadków słuszny), że Ameryka nieustannie ucieka od skandalu historii przez historyczną amnezję, preferując marsz po czyste idee, jak wolność, zamiast trzymać się sensownych, jeśli nawet skażonych, tradycji politycznych i społecznych. Jednakże ostatnie załamania w amerykańskim dominium – zarówno w kraju jak i za granicą, fiskalne i militarne – oznaczają, że Ameryka musi uznać, że historia to problem bez (doskonałego) rozwiązania. Czas na tę refleksję przychodzi dokładnie wtedy, kiedy Europejczycy usiłują zepchnąć problem historii w przepaść, skazując przeszłość na zapomnienie i wtykając nos w nieswoje sprawy.
Jonathan D. Price
* Jonathan D. Price pracuje i mieszka w Amsterdamie. Jest filozofem i autorem wielu artykułów w holenderskiej i europejskiej prasie. Jest również redaktorem naczelnym "Clarion Review". Oryginalny tekst artykułu ukazał się w ubiegłym roku na łamach "Front Porch Republic".
Tłum. Agnieszka Wincewicz
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

