O tym, co wydarzyło się w sokólskiej parafii św. Antoniego, wiedzą zapewne wszyscy. Ale czy ktoś słyszał o zdarzeniu w podlaskim Korycinie, gdzie proboszczem jest brat sokólskiego proboszcza ze św. Antoniego? Jego parafianie opowiedzieli o tym "Gazecie Współczesnej".
– Matka Boża Korycińska ocaliła naszego proboszcza – opowiada "Współczesnej" Mirosław Lech, wójt Korycina. Dodaje, że w jego przekonaniu to oczywisty cud.
A chodzi o to, że we wrześniu w korycińskiej parafii pw. Znalezienia i Podwyższenia Krzyża Świętego wybuchł groźny pożar. Proboszcz Andrzej Gniedziejko, który bardzo rzadko wyjeżdża gdzieś na dłużej, udał się w tym czasie z młodzieżą do Częstochowy na ogólnopolskie dożynki. W jego mieszkaniu na plebanii ogień zniszczył dwa pomieszczenia, a potem... sam zgasł.
Według relacji parafian, pożar "dał ludziom dużo do myślenia". Po pierwsze – ogień oszczędził parafialne archiwum, po drugie – płomienie nie zajęły drewnianego stropu, po trzecie – pożar sam się ugasił. To akurat dziwi ich najmniej, bo ogień przestał się rozprzestrzeniać gdy w budynku zabrakło tlenu. Wszyscy podkreślają natomiast co innego - gdyby proboszcz był na plebanii, nie miałby żadnych szans.
Ponieważ w korycińskim kościele znajduje się obraz Matki Bożej Korycińskiej, parafianie właśnie jej przypisali ocalenie ks. Andrzeja. Zdarzenie szybko okrzyknięto cudem. I kiedy tak w gminie rozprawiano o "cudownym" ocaleniu proboszcza, w mediach pojawiła się informacja o cudzie eucharystycznym w Sokółce.
Sam ks. proboszcz - urodzony w kolonii o nazwie Bogu Dzięki koło Kamiennej Starej - dziękuje Bogu za życie i podkreśla, że każdy ma prawo do własnej interpretacji takiego zdarzenia. Nie łączy go jednak ze zdarzeniami z Sokółki. – W swoim osobistym rozumieniu mogę uznać za cud to, co mnie spotkało, ale nie mogę narzucić takiej interpretacji innym. Jednocześnie każdy ma prawo widzieć w tym wyraźny dowód działania Boga – dodaje duchowny.
AJ/Wspolczesna.pl
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

