W ostatnich tygodniach w Rosji doszło do serii niewyjaśnionych wybuchów i pożarów w obiektach należących do resortu obrony i składach ropy naftowej. Sprawę skomentował doradca prezydenta Ukrainy Mychajło Podolak stwierdzając, że przyczyny tych zdarzeń mogą być bardzo różne, nie wyłączając boskiej interwencji.

Dziś rano wybuchy obudziły mieszkańców Biełgorodu. W płomieniach stanął regionalny skład amunicji niedaleko wsi Stara Nelidowka. To tylko jedno z wielu tego typu zdarzeń, do których dochodziło w Rosji w ciągu ostatnich tygodni. W obwodach graniczących z Ukrainą doszło w ostatnim czasie do serii pożarów składów amunicji i paliwa. Niedawno wybuchł też pożar w wojskowym instytucie badawczym w Twerze czy w Dimitriewskich Zakładach Chemicznych.

- „Mieszkańcy obwodów biełgorodzkiego, kurskiego i woroneskiego w Rosji zaczynają właśnie się przekonywać, czym jest demilitaryzacja

- napisał na Telegramie Mychajło Podolak.

Doradca prezydenta Ukrainy nie przyznał wprost, że za pożarami stoi ukraińska armia.

- „Jak można wyjaśnić te incydenty? W bardzo prosty sposób. Rosjanie, jeśli zdecydowaliście się z całą mocą atakować sąsiedni kraj, zabijać tam wszystkich, kogo się da i rozjeżdżać cywilów czołgami, a jako zaplecze tych zbrodni wykorzystujecie swoje bazy paliw, to wcześniej czy później będziecie musieli spłacić długi”

- napisał.

- „Rozbrajanie składów rosyjskich morderców w Biełgorodzie i Woroneżu jest procesem całkowicie naturalnym, żywiołowym. Karma to okrutna rzecz”

- dodał.

Stwierdził, że przyczyny pożarów mogą być bardzo różne.

- „Łącznie z boską interwencją wobec grzeszników, którzy w niedzielę wielkanocną masowo zabijali mieszkańców ukraińskiego Mariupola”

- podkreślił.

kak/PAP