„Rzeczpospolita” dotarła do dokumentów, które świadczą o tym, że do tragedii smoleńskiej doszło wcześniej niż według wersji oficjalnej (10:56 czasu moskiewskiego). Chodzi o raport urzędu energetycznego SmoleńskEnergo, o którego istnieniu pisali wcześniej rosyjscy internauci, na podstawie którego ustalić można moment zerwania kabla elektrycznego, o który zahaczył Tu-154. Stało się to o 10:39:35. Po kilku sekundach, 500 m dalej, samolot się rozbił.

Do podobnych wniosków dochodzą dziennikarze „Dziennika Gazety Prawnej”. – 10:56 To moment, w którym zawyły syreny alarmowe na lotnisku Siewiernyj, ale moim zdaniem samolot rozbił się nawet dziesięć minut wcześniej" – powiedział „DGP” ekspert pracujący przy badaniu zapisu trzeciej czarnej skrzynki.

Inna przesłanka świadcząca o tym, że oficjalna wersja jest nieprawdziwa, to relacja korespoendenta Polsatu News Wiktora Batera, który podczas katastrofy przebywał w Katyniu i jako pierwszy o niej poinformował. – Dostałem telefon o wypadku o godzinie 8.49 – stwierdził dziennikarz.

Ani wojskowi prokuratorzy, ani Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, ani specjaliści z Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych w Warszawie, anie polski rząd nie wiedzą, albo nie chcą oficjalnie mówić, o której godzinie dokładnie doszło do katastrofy prezydenckiego samolotu.

Pojawiła się też kolejna wątpliwość. Lotnisko Siewiernyj w Smoleńsku wyposażone jest w jeden system naprowadzający – system radiolatarni NDB. Jego dwie radiolatarnie rozmieszczone są niestandardowo. Bliższa znajduje się 1 km od początku pasa startowego. Dalsza – w odległości 6 km. W standardzie powinno być odpowiednio 1 km i 4 km.

Były pilot wojskowy ze Smoleńska uważa, że jeżeli pilot nie wiedział o odstępstwie od normy, mogło to być przyczyną katastrofy. Inny informator „Rzeczpospolitej” zaznacza, że pilot powinien uzyskać tę informację od obsługi lotniska przed startem i wprowadzić ją do urządzeń znajdujących się w samolocie.

Gdyby jednak takiej informacji zabrakło? – Jeśli pilot orientowałby się na standardową odległość i wybrał standardową trajektorię podejścia do lądowania, okazałaby się ona zbyt krótka i stroma. W efekcie mniej więcej w odległości 1,5 – 2 km znalazłby się na wysokości kilku metrów nad ziemią – wyjaśnia informator gazety.

Tymczasem to właśnie pozostaje jedną z najistotniejszych kwestii do wyjaśnienia: dlaczego samolot w odległości 1,1 km od pasa startowego leciał tylko kilka metrów nad ziemią – o czym świadczą ścięte drzewa.

MJ/Rp.pl/Interia.pl

[video:http://www.youtube.com/watch?v=qcn_Z27Kv6k'/>

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »