Ewa Kochanowska, wdowa po RPO Januszu Kochanowskim:

Krzyż stojący przed Pałacem Prezydenckim miał dwa znaczenia: był symbolem wiary oraz przypominał o ofiarach katastrofy smoleńskiej. Zaspokajał społeczne pragnienie uczczenia pamięci ofiar i stał się wyrazem protestu przeciwko sposobowi prowadzenia śledztwa ws. katastrofy.

Byłam wielokrotnie pod krzyżem i widziałam prowokacyjne zachowanie wymierzone w krzyż i ludzi modlących się pod nim. To odbywało się przy zupełnym braku zainteresowania służb porządkowych. Spirala tych wydarzeń była tak nakręcana, by doprowadzić do przeniesienia tego krzyża. Celowo robiono wokół niego złą atmosferę. Przypomnijmy, że spór o krzyż zaczął się po wypowiedzi Bronisława Komorowskiego, że należy go przenieść. Wcześniej on nikomu nie przeszkadzał. Ludzie przychodzili pod niego, modlili się, zapalali znicze. Dopiero po słowach prezydenta wokół krzyża zaczęli się gromadzić obrońcy.

Sprawa walki z krzyżem wróży bardzo źle śledztwu prowadzonemu ws. katastrofy smoleńskiej. Schowanie krzyża odbieram jako próbę zatarcia pamięci o 10 kwietnia. To odbiera nadzieje na jakiekolwiek postępy w śledztwie. Uważam, że schowanie krzyża jest kolejną próbą marginalizowania sprawy katastrofy smoleńskiej. Może być również pierwszym krokiem do zakończenia dialogu o budowie pomnika, upamiętniającego ofiary katastrofy smoleńskiej.

Kancelaria Prezydenta nie powinna zasłaniać się porozumieniem z Kurią Warszawską. Ani Kancelaria, ani Kuria nie były właścicielem krzyża. On stanął spontanicznie w czasie żałoby i niósł pewne przesłanie. Jego wyrazicielem było społeczeństwo, czy ta jego część, która przychodziła pod Pałac.

Not. żar

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »