„Kobiety w każdym wieku i w każdym stanie cywilnym pornografii potrzebują jednakowo” - przekonywała na portalu Tomasza Lisa Karolina Sulej. Pomijając informacje o wieku i stanie cywilnym, zapewniam, że jestem kobietą, ale wcale nie potrzebuję pornografii. Czy więc aby na pewno jestem stuprocentową kobietą? - mogłabym się zastanowić po lekturze żenującego artykuliku pani Sulej, gdybym bezrefleksyjnie przyjmowała serwowane przez nią bzdety i nie zdawała sobie sprawy z paru innych faktów. Ale o nich później.
Czym tak zachwyciła się publicystka portalu Natemat.pl? Ano bijącą ponoć rekordy popularności w Stanach Zjednoczonych książką „Fifty shades of Grey”, której niespełna trzy tygodnie temu swoje cenne łamy poświęcił „Newsweek”. Romansidło z elementami sadomaso sprzedaje się w USA lepiej niż „Harry Potter” i „Kod Leonarda da Vinci”. Dzięki książce podobno ukuto nawet nowy termin, określający ten gatunek – tzw. mommy porn, czyli pornografia dla mamusiek.
A niech spadną na mnie gromy, że znowu epatuję wulgarnymi opisami, ale zobaczmy, czym tak zachwycają się ponoć kobiety, z panią Sulej na czele. Garstka (naprawdę niewielka, w granicach wytrzymałości) cytatów z „Fifty shades of Grey” (z góry przepraszam wszystkich czytelników, którzy poczują się urażeni i polecam pominięcie tego akapitu). Cytat 1: „Zamyka moje dłonie nad głową w uścisku tak mocnym jak imadło i przyszpila ustami do ściany. Drugą ręką łapie za włosy i szarpie mocno, unosząc twarz. Niezobowiązującą zahaczam językiem o jego język i wkrótce oba łączą się w wolnym, erotycznym tańcu. Na brzuchu czuję jego wzwód”. Cytat 2: „Nagle siada, zrywa ze mnie majtki i rzuca je na podłogę. Kiedy ściąga bokserki, jego erekcja gwałtownie wymyka się na wolność. Boże święty! Pada na klęczki i nawleka prezerwatywę, co zabiera mu trochę czasu, ze względu na pokaźne rozmiary”. I cytat 3: „Zaczyna chodzić wokół mnie, wodząc końcem pejcza po talii. Przy drugim okrążeniu niespodziewanie bierze zamach za moimi plecami i smaga od spodu prosto w łono. Dreszcz przeszywa mi ciało i jest to najsłodsze, najdziwniejsze, najbardziej rozkoszne uczucie, jakiego zaznałam. Pod wpływem słodkiego, kłującego ukąszenia dostaję konwulsji. Sutki twardnieją, przeciągam się i jęczę głośno, wyginając przeguby w skórzanych paskach”.
Podczas lektury tych fragmentów „Fifty shades of Grey” (a zapewniam, że nie są to wcale jedne z ostrzejszych „kawałków”) oczy niemal wychodziły mi z orbit – kobiety to rzeczywiście kręci?! Podnieca je to, że facet każe im chodzić na kolanach w czarnym lateksie z kneblem w ustach?! Marzą o tym, żeby mąż sprał im tyłek skórzanym pejczem?! Na litość boską, opisy, które jeszcze do niedawna były domeną hard porno wchodzą do literatury „dla mamusiek”, której autorka stara się wmówić kobietom, że jeśli naprawdę są kobietami, to będą się tym podniecać. Naprawdę, szczerze współczuję paniom, których mężom (partnerom/chłopakom) wpadnie w ręce ta mizerna książeczką, przeczytają ją i zechcą na kanwie lektury „uszczęśliwić” swoją kobietę, wcielając w życie zawarte w niej fantazje.
Pani Sulej pisze, że określenie „mommy porn” jest seksistowskie, bo przecież „mamuśki to także kobiety” i nie trzeba wydzielać im „erotycznej grupy specjalnej troski” („jedyne, czym różnią się od innych kobiet czytających i piszących pornografię, to tym, że mogą robić to lulając do snu słodkiego niemowlaczka”), to już smagania kobiet pejczem po łonie, albo kneblowania i przebierania w latekst jako seksistowskie nie postrzega. Najbardziej zadziwiająca jest dla mnie głupota niektórych kobiet, którym wcale nie trzeba szowinistycznych mężczyzn – wystarczająco skutecznie poniżają same siebie. Mam nieodparte wrażenie, że w jakimś sensie taka postawa jest konsekwencją opacznie pojmowanego feminizmu. Feminizmu rozumianego na wzór pań z Feminoteki czy Kazimiery Szczuki. Feminizmu, który wrzaskliwie domaga się równouprawnienia i parytetów, nie dostrzegając jednocześnie, że domaganie się forów tylko dlatego, że nosi się spódniczkę i co miesiąc ma się okres jest żenująco poniżające.
Wiele razy musiałam podkreślać, że absolutnie nie neguję ruchu feministycznego u jego podstaw. Niestety, współczesne feministki z prekursorkami feminizmu mają niewiele wspólnego. Dlatego nie przeszkadza im na przykład skrajnie szowinistyczne czytadło, które bije rekordy popularności (napisane zresztą przez kobietę!); zapewne Christin de Pisan czy Betty Friedan przewracają się w grobach. „Amerykańskie feministki są zrozpaczone. Z męską dominacją chcą już walczyć tylko ich siostry w krajach Trzeciego Świata. Rodaczki, nie tylko te od garów, lecz także kobiety sukcesu, znów chcą być uległe, przynajmniej w łóżku. Od partnerów, którzy ze zrozumieniem wysłuchają opowieści o ich zawodowych problemach, podyskutują o polityce i sztuce, wolą brutalnych samców” - napisał kilka tygodni temu w „Newsweeku” korespondent Radia Zet z Nowego Jorku, Piotr Milewski.
Być może coś jest na rzeczy w tym preferowaniu „brutalnych samców”. Kobiety, które napatrzą się na swoich „przegiętych” kolegów z delikatnymi jak pupcia niemowlaczka licami, starannie ułożonymi włoskami, w fioletowej koszulce blisko ciałka i takiż samych dżinach-rureczkach rzeczywiście mogą zamarzyć o spoconym, trochę utytłanym po ciężkiej pracy brutalu. Racja, ale bez przeginania – chyba mało która normalna kobieta chciałaby mieć w domu sadystę czy seksualnego zboczeńca. Nie wnikam jednak w preferencje pojedynczych pań, jak wiadomo – de gustibus... Bardziej zastanawiające jest dla mnie to, dlaczego publicystki (sic!) rozpływają się w zachwytach nad tego typu lekturami, podczas gdy nasze rodzime feministki nawet słowem nie zająkną się, że są one przejawem szowinizmu.
Całkowite milczenie w sprawie lansującej seksualne poniżanie kobiet książki jest tym bardziej absurdalne, jeśli sięgnąć pamięcią do zarzutów, że to Kościół dyskryminuje kobiety, bo lansuje wzór patriarchalnej rodziny (vide: teksty na przykład pani Magdaleny Środy). Po raz kolejny dowodzi to niczemu więcej ponadto, że feminizm w naszym rodzimym wydaniu ma na celu właściwie jedno. I bynajmniej nie jest to walka o lepszy los kobiet.
Gdyby taka pani Sulej, sugerująca, że każda kobieta bez wyjątku zachwyca się porno, tak było zawsze, tylko kobiety dopiero teraz przestały wstydzić się o tym mówić (i inne panie zachwalające wątpliwej jakości twórczość E.L. James) łaskawie zechciały sięgnąć na przykład po publikację G. Dines „Pornoland” z pewnością popatrzyłyby na sprawę nieco inaczej. Autorka, skądnikąd wojująca feministka (sic!), bezlitośnie rozprawia się z pornografią, udowadniając jak szkodliwy wpływ ma ona nie tylko na mężczyzn, ale także na znajdujące się w ich otoczeniu kobiety. Przecież to one stają się aktorkami w odgrywanych przez nich zaczerpniętych z porno scenach! To kobiety mężczyzn, którzy korzystają z porno, stają się przedmiotem w ich łapskach, który znosi najgorsze, nawet najbardziej poniżające dewiacje. Teraz jeszcze szczypta wstrząsających danych (bo do tego, że mężczyźni chcą wprowadzać w życie sceny zaobserwowane w porno chyba nikogo nie trzeba przekonywać): „Oglądanie pornografii przez młodzież męską, zwiększa liczbę podejmowanych przez nią stosunków seksualnych, co wiąże się z większą liczbą ciąż wśród nastolatek.” (International Journal of STD & AIDS 16, 2005); „Uzależnienie od pornografii zwiększa wskaźnik niewierności małżeńskiej o ponad 300%” ( Adult Social Bonds and Use of Internet Pornography, 2004); „68% par, które pozostają pod wpływem wirtualnego seksu, straciło zainteresowanie współżyciem z małżonkiem” (Schneider, 2000); „Pornografia jest przyczyną ok. 56% rozwodów w USA” (American Academy of Matrimonial Lawyers, 2002); „90% seksoholików stwierdza, że pornografia miała decydujący wpływ na ich uzależnienie” (Miłujcie się nr 5/2011); „Szacuje się, że co 46 sekund w USA gwałcona jest jedna kobieta.” „86% badanych gwałcicieli przyznaje się do korzystania z pornografii. 57% przyznaje się do naśladowania scen pornograficznych w trakcie popełniania przestępstw seksualnych” (Marshall, 1985).
Pani Sulej, pisząc o „50 Shades of Grey”, zachwyca się tym, że kobiety wreszcie zaczęły przyznawać się, że pornografię lubią, czytają, piszą. „Zaszła pozytywna zmiana” - pisze publicystka Natemat.pl. Fakt, zmiana zaszła, ale czy aby na pewno pozytywna? Czy to, że kobiety zaczytują się w sadomasochistycznych pornolach to taka optymistyczna zmiana? Śmiem twierdzić, że niekonieczne. Racja, może i (niektóre) panie od zawsze lubiły z rumieńcem na polikach zaczytywać się w „Harlequinach” i fantazjowały o romantycznych, silnych kochankach, którzy zagwarantują im niezapomniane uniesienia. I może nie ma w tym nic złego. Jednak zachwycanie się sadomasochistycznymi opisami (zwłaszcza przez kobiety) jest co najmniej irracjonalne. Czy kobiety, nie tylko te, które wrzaskliwie domagają się równouprawniania, prawa do własnego brzucha, parytetów i refundowanej antykoncepcji, ale także kobiety – sukcesu, bizneswoman, panie na kierowniczych stanowiskach, z naukowymi tytułami naprawdę marzą o tym, żeby ich facet (nierzadko zarabiający mniej niż one) wiązał je sznurem, kneblował i bił? Szczerze wątpię.
Marta Brzezińska

