Czy uważa Pan, że po wygłoszeniu tzw. drugiego expose premierowi Donaldowi Tuskowi uda się odwrócić negatywne trendy i przekonać Polaków, że teraz to już na pewno on i jego ludzie zabiorą się do pracy?


Ile razy można robić nowe otwarcie rządu, składać rozmaite obietnice, które później nie tylko, że nie są realizowane, ale jeszcze się im zaprzecza? Donald Tusk mógł co prawda obiecać w swym „para-expose” gigantyczne wydatki, ale realnie ma bardzo ograniczone możliwości sięgnięcia do dramatycznie zadłużonej kasy państwa, by kupić poparcie różnych grup zawodowych i środowisk. A gdyby w imię zachowania władzy jednak zdecydował się na to, naraziłby się tej części swego elektoratu, która zachowała jeszcze dotąd resztki wiary w jego liberalne podejście do gospodarki i odpowiedzialność. Już nawet część do niedawna ślepo wierzących PO celebrytów i ludzi kultury czuje się przez tę partię zdradzona. Okazuje się bowiem, że szumnie ogłaszane pakty dla kultury nie są realizowane, że partia władzy ich lekceważy. Gdzie się nie spojrzy, ugrupowanie to stąpa po miękkim lodzie, a on zaczyna się pod nią wręcz załamywać. Można zakładać, że premier Tusk i jego otoczenie będą wciąż robić to, co im sprawdzało się przez ostatnie pięć lat – wszystkie problemy będą starali się przykrywać piarem, wrzutkami medialnymi i straszeniem opozycją. Wydaje się jednak, że nie będzie to tak skuteczne jak do niedawna. Ileż razy można stosować te same sztuczki? Gdyby „para-expose” premiera było połączone z bardzo gruntowną rekonstrukcją rządu, przyznaniem, że część ministrów się nie sprawdziła, pokazaniem nowych osób, gdyby np. zaczęła się wreszcie ta mityczna już ofensywa ustawodawcza, to można by jeszcze zakładać, że Polacy dadzą się na to złapać i byłaby to w dalszym ciągu skuteczna piarowska zagrywka. Ale jak wspomniałem na początku, Tusk i jego partia nie mają Polakom nic nowego zaproponowania.


Niedawny sondaż pokazujący 6 proc. przewagę PiS nad PO zelektryzował opinię publiczną i napełnił optymizmem zwolenników partii Jarosława Kaczyńskiego. Kolejny wykazał jednoprocentową przewagę tej patii. Czy nie jest to jednak przedwczesna radość? W końcu wszyscy wiemy, jak zmienne i nawzajem się wykluczające potrafią być te badania.


Nie dziwię się, że jego zwolennicy odczuwają zadowolenie z powodu ostatniego sondażu – od paru lat byli przyzwyczajeni do znacznie gorszych. Ma on więc symboliczne znaczenie, natomiast żeby mogli faktycznie radować się z tej okoliczności, muszą poczekać na kolejne sondaże, przeprowadzane w dłuższym odcinku czasu, które potwierdziłyby zarysowaną tendencję. A tak naprawdę kluczowy będzie moment, nie wiem czy on nastąpi za parę miesięcy, czy za trzy lata, weryfikacji tych sondaży w wyborach. Tym niemniej optymistyczne dla PiS sondaże dadzą jego zwolennikom mocny impuls do dalszego wspierania tej partii, a jej członkom, być może, do konsekwentnej pracy – co nie jest mocną stroną polskich partii – by nie był to jednostkowy wyskok, a stała tendencja.


Co Pana zdaniem wpłynęło na taki rezultat? Czy jest to spowodowane coraz większymi problemami ekonomicznymi kraju, wysokim bezrobociem, marazmem partii rządzącej, która nie ma nic do zaoferowania Polakom? A może jest to wpływ konferencji PiS z udziałem znanych ekonomistów i zaprezentowaniem się Polakom jako partia, która ma receptę na kryzys?


Jakkolwiek trudno przypisywać tej konferencji kluczowe znaczenie dla poprawienia notowań PiS, to jednak odegrała ona swoją rolę, jako istotny sygnał, że partia ta jest przez ekspertów, także jej odległych, traktowana jako normalny partner do merytorycznej rozmowy. Był to też kolejny dowód na to, że nie jest to ugrupowanie jednego – smoleńskiego – tematu, wbrew wizerunkowi PiS, jaki tworzono w nieprzychylnych mu mediach. Z tego m.in. powodu wielu Polaków spojrzało na tę partię przychylniej niż do tej pory, choć za wcześnie jest by wyrokować, czy na stałe postanowią obdarzyć ją swym poparciem. Swoje zrobiły wydarzenia wokół sprawy smoleńskiej, duża część społeczeństwa dotąd przyjmująca na wiarę zapewnienia rządu, że „państwo zdało egzamin”, dostrzegła, że zastrzeżenia zgłaszane przez prawicową opozycję pokrywają się z kolejnymi odkrywanymi aspektami tej sprawy. Do tego dochodzi sukces marszu „Obudź się Polsko”, który zrobił duże wrażenie. Jest też czynnik od dawna istniejący, potencjalnie najistotniejszy, ale jakoś do tej pory nieprzenoszący się na wyniki opozycji. Chodzi mianowicie o fatalne rządy Donalda Tuska, które coraz więcej osób zaczyna widzieć w ich prawdziwym obliczu, a nie w takim, jaki przedstawia propaganda obozu rządowego. Im dłużej trwa zabawa z Polakami i wmawianie im, że jest lepiej niż jest naprawdę, tym propagandowe kłamstwa mają krótsze nogi.


A jaki wpływ na zmianę preferencji wyborczych miała sprawa pomylenia ciała śp. AnnyWalentynowicz i kłamstwa marszałek Ewy Kopacz dotyczące identyfikacji zwłok po katastrofie smoleńskiej?


Są to bardzo drastyczne okoliczności ukazujące, że urzędnicy państwowi i politycy bardzo wysokich szczebli mówili rzeczy nieprawdziwe. Wiele osób to uderzyło i zabolało, gdyż dotyczy to sfery wyjątkowo drażliwej, angażującej bardzo poważne emocje. Szkoda, że odbywa się przy bólu rodzin, ale dobrze się stało, że wszystkie te kłamstwa, mity i brak kompetencji zostały obnażone.


Czy Polacy po aferze Amber Gold i prowokacji wobec sędziego Milewskiego w inny sposób zaczęli patrzyć na premiera Tuska? Czy może znowu liderowi PO uda się zamieść sprawę pod dywan?


Afera ta przypomniała Polakom, o czym w zasadzie wiedzą od dawna, że jest problem z transparentnością działania części polityków związanych z partią rządzącą i z tym, jak radzi sobie ona z tego typu sytuacjami. Co prawda mieliśmy wcześniej aferę hazardową, ale nie spowodowała ona aż tak znaczącego politycznego wstrząsu, jak należałoby oczekiwać. Teraz wszystko rozgrywa się jeszcze bliżej premiera niż poprzednio. Można Donaldowi Tuskowi śmiało zarzucić, że podlegające mu instytucje państwowe nie działały w sposób należyty i że choć miały ku temu możliwości, nie uchroniły wielu Polaków przed poniesieniem wymiernych strat. A jeśli chodzi o powiązania syna premiera z tą aferą, to wielu ludziom bardzo źle się kojarzy, gdy w rodzinie „panującego” dochodzi do sytuacji niejasnych, nawet jeśli skłonni byliby przyjąć, że rodzice nie mogą odpowiadać za wszelkie czyny swych dzieci.


Prof. Piotr Gliński bardzo szybko na własnej skórze doświadczył, co to znaczy stać się „pisowcem”. Najczęście kierowany do niego zarzut, że jest nieznany medialnie wydaje się być wyjątkowo durny...


Kogokolwiek by PiS wyznaczyło na tę funkcję, spotkałoby się to z krytyką innych partii, co oczywiście jest zrozumiałe. Niemniej niektóre zarzuty są groteskowe. Wypominanie niekwestionowanemu autorytetowi naukowemu jakim jest prof. Gliński tego, że jest nieznany, wskazuje, że zbyt wielu polityków i komentatorów politycznych po pierwsze słabo orientuje się w świecie polskiej nauki, a po drugie przyzwyczaiło się do tego, że jedynie osoba przesiadująca w mediach może odgrywać poważną rolę polityczną. A przecież w sytuacji gdy mówimy o potencjalnym premierze rządu technicznego, ten aspekt, czy kandydat jest znany, czy też nie, czy uczestniczył w różnych programach celebryckich i publicystycznych i tam „pracował” na swą rozpoznawalność, zupełnie nie jest istotny. Najważniejsze są kompetencje kandydata i to je trzeba oceniać. Natomiast czy PiS będzie potrafiło z prof. Glińskiego skorzystać i czy on sam będzie chciał w polityce na stałe pozostać – to sprawa otwarta. Osobiście cieszyłbym się, gdyby tego typu osoby, o takim autorytecie i wiedzy, znalazły się na trwałe w polityce. Od dawna mówi się, że brakuje w niej nowych twarzy, zwłaszcza ekspertów. Tymczasem gdy pojawiają się, to robi się z tego zarzut.


Rozmawiał Aleksander Kłos


* Dr Jacek Kloczkowski jest wiceprezesem Ośrodka Myśli Politycznej i autorem m.in. niedawno wydanej książki „Czasy grubej przesady” i antologii „Naród. Idee polskie”.