W centrum Europy zabicie człowieka nazywa się śmiercią wspomaganą. Z danych wynika, że od 2003 r., kiedy to przeprowadzono w Belgii 235 eutanazji, ich liczba z roku na rok rośnie. Prezes Stowarzyszenia na rzecz Prawa do Godnej Śmierci Jacqueline Herremans podkreśla jednak, że "jest to powolna ewolucja, a nie rewolucja".

- To dobrze, bo śmierć wspomagana nie powinna przeistoczyć się w automatyzm - zaznaczyła. Jak można zrozumieć, belgijskie szpitale nie stają się jeszcze masowymi fabrykami śmierci. Belgijska ustawa, która weszła w życie w 2002 r., dopuszcza eutanazję, jeśli pacjent jest pełnoletni i świadom w momencie złożenia wniosku, a także jest narażony na "ciągłe i niedające się wytrzymać cierpienia fizyczne lub psychiczne, których nie można złagodzić, a które wynikają z nieuleczalnego schorzenia powstałego na skutek wypadku lub procesów patologicznych".

Około 80 proc. eutanazji przeprowadzono na osobach chorych na raka, którym lekarze dawali tylko kilka tygodni lub miesięcy życia. O ile sprawa w przypadku zderzenia z ludzkim cierpieniem jest dramatyczna, o tyle nie będzie przesadą powiedzieć, że żyjemy na kontynencie, w którym karetki odmawiają udzielania pomocy osobom starszym, a lekarze stają się profesjonalistami w uśmiercaniu tych, którzy wykazują minimalne uszczerbki na zdrowiu.

 

JaLu/kaktus/kontakt/PAP/EFE

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »