Rosyjscy kontrolerzy otrzymali rozkaz z Moskwy, by sprowadzić samolot na ziemię bez względu na złe warunki pogodowe – kolejny dowód na to zawierają uwagi płk. Edmunda Klicha dotyczące raportu końcowego MAK. - No tak powiedzieli cholera, sprowadzać na razie – takie słowa miały paść na 10 minut przed katastrofą smoleńską.
W swoim dokumencie jeden z polskich akredytowanych poświęca dużo miejsca rosyjskim kontrolerom. Na pierwszych stronach raportu pisze, że "oprócz błędów popełnionych przez załogę (do katastrofy - red.) doprowadziły również błędne informacje kierownika strefy lądowania (KSP)." Klich przypomina, że załoga otrzymywała komendy "na kursie i ścieżce", choć w rzeczywistości samolot znajdował się zdecydowanie powyżej ścieżki zniżania. Kontrolerzy ze Smoleńska zbyt późno podali również komendę "horyzont", co według Klicha należy uznać "bezsprzecznie jako jedną z przyczyn katastrofy". Polski pułkownik wymienia w sumie 7 błędów w podawaniu komend polskiej załodze.
Polski akredytowany twierdzi również, że wieża kontroli lotów nie podejmowała decyzji samodzielnie. Jego zdaniem należy ustalić, dlaczego pomimo wielu "meldunków do Moskwy o braku warunków do lądowanie (pisownia oryginalna) nieustalona osoba odpowiedzialna w Moskwie podjęła decyzję skierowania samolotu Tu-154 na lotnisko Smoleńsk Północny".
Świadczy o tym rozmowa telefoniczna z godz. 8.31:09 (czas polski/ok. 9 minut przed katastrofą), po której kierownik lotów Paweł Plusnin skierował do zastępcy jednostki (Nikołaj Krasnokutski) słowa: "No tak powiedzieli cholera, sprowadzać na razie".
Jak zauważa Klich, w tym momencie pogoda była już wielokrotnie gorsza niż minimum lotniska, samolotu i załogi. - Z tej rozmowy wynika jednoznacznie, że to w Moskwie bezprawnie zadecydowano o sprowadzeniu samolotu na lotnisko Smoleńsk "Północny". Samo użycie słowa "sprowadzać" świadczy o tym, że samolot był sprowadzany, to znaczy jego lotem kierowały służby naziemne – konkluduje pułkownik.
W swoim dokumencie Klich domaga się, by ustalić, do kogo o godz. 8.33.52 (7 minut przed katastrofą) zwraca się Krasnokutski słowami: "Towarzyszu generale, do trawersu podchodzi. Wszystko włączone, i reflektory na dzień, wszystko włączone". Zdaniem Klicha rozmowa była prowadzona "innymi środkami łączności i nie była rejestrowana w rozmowach telefonicznych, a jest jedynie słyszalna w tle". - Należy ustalić dlaczego – pisze Klich.
Polski akredytowany we wnioskach końcowych do raportu i przyczynach katastrofy chciał, by Rosjanie dopisali, że "osoby odpowiedzialne w Moskwie nie podjęły decyzji o skierowaniu samolotu Tu-154 na lotnisko zapasowe, pomimo wielokrotnych sugestii kierownika lotów, że ze względu na pogarszające się warunki atmosferyczne, istnieje konieczność odesłania Tu-154 na lotnisko zapasowe" oraz, że "osoby odpowiedzialne w Moskwie nakazały służbom kierowania lotami lotniska Smoleńsk "Północny" sprowadzenie samolotu Tu-154 do lądowania pomimo wielokrotnych monitów w tym zakresie kierownika lotów i wiedzy, że warunki na lotnisku lądowania są wielokrotnie niższe niż minimalne dopuszczalne do lądowania tego typu samolotu i bezpieczne lądowanie jest praktycznie niemożliwe" oraz, że zastępca dowódcy "w sposób nieuprawniony przejął kierowanie samolotem i prowadził korespondencję, którą załoga samolotu mogła odczytać jako zachętę do wykonania podejścia lądowania".
Klich konkluduje, że raport napisany przez Rosjan należy "odrzucić w całości".
żar/Tvn24.pl
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

