600 zabijanych dzieci (większość z nich podejrzewanych jest o zespół Downa) rocznie, to wciąż za mało, by wzruszyć wyznawców kompromisu aborcyjnego. Ich życie, uśmiech, miłość nie mają znaczenia, gdy chodzi o „pokój aborcyjny”, dla którego zagrożeniem ma być jakakolwiek debata nad taką zmianą prawa aborcyjnego, która lepiej chroniłaby życie ludzkie. Debata ta bowiem ma grozić jakimś gigantycznym Armagedon, który zniszczyć ma spokój społeczny, a także wychylić przestrzeń debaty w lewo, co doprowadzić ma do... zmiany prawa aborcyjnego w kierunku przeciwnym życiu. Winę zaś za to ponoszą zaś oczywiście konserwatyści i prolajferzy, którzy proponują jakiekolwiek zmiany, i to w sytuacji, gdy „kompromis zaakceptował nawet Kościół”, a także lewica.
I gdzie ten kompromis?
To krótkie (niespecjalnie nawet ubarwione) streszczenie poglądów wyznawców „świętego kompromisu aborcyjnego” pokazuje, że zbudowane jest ono na kłamstwach, które bardzo łatwo zdemaskować. Pierwszym z nich jest domniemany szacunek lewicy dla uchwalonej w 1993 roku ustawy. Problem polega tylko na tym, że tego szacunku nigdy nie było. Jeszce za prezydentury Lecha Wałęsy postkomuniści do spółki z częścią posłów Unii Demokratycznej doprowadzili do zmiany ustawy chroniącej życie. I gdyby nie veto prezydenckie aborcja stałaby się na powrót legalna z przyczyn społecznych. Warto też przypomnieć, że Wałęsa nie wetował jej wówczas w imię kompromisu, ale w imię obrony życia.
W 1996 roku lewica naruszyła „kompromis” po raz drugi. I wówczas była skuteczna. Zdominowany przez SLD parlament doprowadził do ponownej legalizacji zabijania nienarodzonych z przyczyn społecznych, a prezydent Aleksander Kwaśniewski (skądinąnd obecnie zwolennik kompromisu) ustawę podpisał. W efekcie przez niemal rok można było w Polsce zabić legalnie każde nienarodzone dziecko. Zatrzymał ten proceder Trybunał Konstytucyjny, który uznał – pod przewodnictwem prof. Andrzeja Zolla, choć nie jednogłośnie, że tamta ustawa jest niezgodna z polską konstytucją, i tym samym przywrócił starą ustawę z 1993 roku. „ „Artykuł o aborcji ze względów społecznych pozwala na usunięcie z ciała matki rozwijającego się płodu, a to jest równoznaczne z pozbawieniem go życia. W pewnych sytuacjach ochrona tej wartości może być ograniczona, ale musi być usprawiedliwiona kolizją dóbr, praw i wolności konstytucyjnych. Aborcja ze względów społecznych nie spełnia tych warunków” - napisano w uzasadnieniu tej decyzji. Od tego momentu stało się jasne (i to mimo iż później zmieniono konstytucję na nową), że jakiekolwiek gmeranie w prawie aborcyjnym w kierunku ułatwiania likwidacji nienarodzonych wiąże się z koniecznością zmiany konstytucji, co nieco ostudziło pragnienie zmiany tego prawa w lewicy.
Przesuwanie granic
Od tego momentu lewica i zwolennicy aborcji przyjęli inną strategię. Zamiast dążyć do zmiany prawa (choć i takie próby były – głównie już z przyczyn piarowskich – podejmowane) zdecydowano się na wymuszanie reinterpretacji istniejących już przepisów, a także walkę z ich ostrzejszym rozumieniem. Tak było ze sprawą Alicji Tysiąc w efekcie których Polska zapłaciła odszkodowanie, a wzrok stał się przesłanką do aborcji (wbrew protestom nawet proaborcyjnych ginekologów, który wskazywali, że w takiej sytuacji choroba jest co najwyżej wskazaniem do cesarskiego cięcia, a nie do zabicia dziecka).
Podobny mechanizm zastosowano w przypadku „Agaty” z Lublina, która doprowadziła do praktyczne rozszerzenie rozumienia „czynu zakazanego” jako wskazania do aborcji z gwałtu (jak to było ujmowane na początku) do każdego czynu zakazanego (czyli także współżycia z osobą niepełnoletnią). Afera wywołana przez media była w tym przypadku w ogóle oparta o kłamstwo. Dziewczynka bowiem miała zostać zgwałcona, a źli obrońcy życia mieli jej uniemożliwiać aborcję (tak opisywano sprawę w pierwszych dniach), ale szybko okazało się, że o gwałcie nie było mowy (ciąża była efektem zwykłego nastoletniego romansu), a aborcji nie wykonano (początkowo), bo nie chciała się na nią zgodzić dziewczynka. Ostatecznie jednak na skutek działania Ewy Kopacz dziecko zostało abortowane we wskazanym szpitalu w Trójmieście.
Już tylko te dwa przypadki pokazują zupełnie jednoznacznie, że o żadnym kompromisie ze strony lewicy (ale także PO) nie może być mowy. Jest to tylko próba obrony obecnego stanu posiadania przed zakusami obrońców życia. Proaborterzy mają świadomość, że na razie nie mają ani konstytucyjnych (zdaniem profesora Zolla nawet obecne prawo jest sprzeczne z konstytucją) ani społecznych możliwości zmiany obowiązującego prawa w korzystnym dla nich kierunku. I dlatego zaczynają walczyć o kompromis. Z perspektywy obrońców życia, czy wierzących katolików nie ma jednak powodów, by im ulegać. Kościół bowiem nigdy kompromisu nie zaakceptował, a jedynie przyjął go do wiadomości.
Zgoda Kościoła?
Najlepiej widać to zresztą, gdy przeanalizujemy wypowiedzi samych biskupów po głosowaniu w 1993 roku. Prymas Polski kard. Józef Glemp uznał decyzje za „krok we właściwym kierunku”, ale już samo to sformułowanie zawiera w sobie nadzieję na to, że nie będzie to krok ostatni. Znany polski filozof Wojciech Chudy przypomniał jednak, że nie może być mowy o kompromisie, gdy giną ludzie. „Kompromis przy ważeniu na szalach ustawodawczych życia małych istot ludzkich oznacza darowanie tego życia niektórym z nich. Ale oznacza również śmierć innych. I to dyskwalifikuje słowo i wartość kompromisu w odniesieniu do tej sprawy” – wskazywał Chudy na łamach tygodnika „Niedziela”.
Jan Paweł II, na którego także chętnie powołują się zwolennicy kompromisu, dopuścił wprawdzie głosowanie za niedoskonałą ustawą, ale sformułował także kilka zasad, którymi muszą się kierować katolicy w takim działaniu. I w żadnej z nich nie wspomniał nawet o tym, że wartością dla wierzących ma być „święty kompromis”. „... jeśli nie byłoby możliwe odrzucenie lub całkowite zniesienie ustawy o przerywaniu ciąży, parlamentarzysta, którego osobisty absolutny sprzeciw wobec przerywania ciąży byłby jasny i znany wszystkim, postąpiłby słusznie, udzielając swego poparcia propozycjom, których celem jest ograniczenie szkodliwości takiej ustawy i zmierzających w ten sposób do zmniejszenia jej negatywnych skutków na płaszczyźnie kultury i moralności publicznej. Tak postępując bowiem, nie współdziała się w sposób niedozwolony w uchwalaniu niesprawiedliwego prawa, ale raczej podejmuje się słuszną i godziwą próbę ograniczenia jego szkodliwych aspektów” – napisał wówczas Jan Paweł II.
Nie ma zatem w tych słowach poparcia czy akceptacji kompromisu, jest tylko zgoda na głosowanie za prawem, które polepsza prawną ochronę dzieci. W każdej innej sytuacji jest to niedopuszczalne. Z tamtych słów można zatem wyczytać, że błąd popełnili ci, którzy głosowali przeciwko niedoskonałej ustawie z 1993 roku, ale błądzą również ci, którzy niedoskonałą ustawę chcą uwiecznić i uznać za ostatni głos. Stanowisko Jana Pawła II jest zupełnie inne: dobre prawo chroni życie bez żadnych wyjątków. Każde inne jest niedoskonałe.
Dla polityków, którzy deklarują swój katolicyzm zaś wynika z tego jeden zasadniczy wniosek. W sytuacji takiej, jak obecnie, mają oni obowiązek podjąć wszystkie działania, które jeszcze polepszą sytuacje prawną w Polsce. Powoływanie się na „Evangelium vitae”, by udowodnić, że takie działania są niepotrzebne stanowi całkowite niezrozumienie litery i ducha nauczania Jana Pawła II.
Bardzo mocno przypomnieli o tym polscy biskupi w specjalnym oświadczeniu. „Kościół broni godności i prawa do życia każdego człowieka, w tym wszystkich osób niepełnosprawnych, a także nienarodzonych dotkniętych wadami genetycznymi. Dlatego z uznaniem przyjmuje prace nad wykreśleniem części zapisu wspomnianej ustawy tak, by pozwoliła uchronić życie osób z zaburzeniami genetycznymi. Mowa tu o dzieciach z zespołem Downa, Turnera, Retta i innymi z grupy ponad 20 tys. znanych schorzeń genetycznych. Osoby te są cenne dla dobra każdego społeczeństwa, stąd ważne jest tworzenie dla nich oraz dla ich rodziców jak najbardziej przyjaznego klimatu społecznego. Dzieci ze schorzeniami genetycznymi mają prawo do tego, by – tak jak wszyscy inni ludzie – urodzić się i żyć wśród nas, by kochać i być kochanymi” - napisali biskupi. I to jest wskazówka o wiele ważniejsza, niż obawy prezydenta Komorowskiego przed rzekomą wojną... Obawą, która ma usprawiedliwiać śmierć 600 dzieci rocznie.
Tomasz P. Terlikowski
