W 2010 roku Stallone zaskoczył wszystkich swoim filmem „Niezniszczalni”, w którym obsadził takie legendy kina lat 80-tych jak Dolph Lundgren, Jason Roberts, powracający do wielkiej formy Mickey Rourke czy (epizodycznie)  Arnold Schwarzenegger oraz Bruce Willis.  Film o grupie komandosów, którzy jadą zrobić porządek w Ameryce Południowej okazał się wielkim hitem na całym świecie ( 275 milionów dolarów wpływów)  i pokazał, że publiczność nie zapomniała o swoich idolach z młodości.  Stallone stał się zresztą specjalistą od wskrzeszania umarłych herosów, których próbowano wrzucić do szufladki z napisem: „obciach”. Najpierw, ten naprawdę przyzwoity aktor,  reżyser i nominowany do Oscara scenarzysta postanowił zakończyć opowieść o Rockym Balboa. Mimo szyderczych komentarzy krytyków, okazało się, że szósta  część przygód kultowego boksera jest jedną z najlepszych i klimatem przypomina genialnego „Rockiego” z lat 70-tych, który zgarnął cztery Oscary. Po niezłym komercyjnym i artystycznym sukcesie filmu, „włoski ogier” wziął się więc za czwartą część przygód, ulubionego bohatera Ronalda Reagana, Johna Rambo. Na ten film widzowie również tłumnie szli do kina. Zarówno „Rocky Balboa” jak i „John Rambo” były opowieściami o odtrąconych i zapomnianych bohaterach, na których ich dawni wielbiciele postawili krzyżyk. Trudno było w nich nie dostrzec autobiograficznych wątków ich twórcy, który jednak postanowił sprzeciwić się pójściu na przymusową emeryturę. I „zwariowany staruch” uderzył ze zdwojoną siłą.


W „Niezniszczalnych” chodziło mu już o czystą zabawę, jednak i ten obraz był odpowiedzią na coraz bardziej miałkie i bezpłciowe kino akcji, które od lat serwuje nam Hollywood, obsadzając w rolach twardzieli wyżelowanych lalusiów z narysowaną kosteczką na brzuchu. Przepocone cielska, pomarszczonych gwiazd lat 80-tych zaprzeczyły zupełnie temu trendowi. Teraz Stallone idzie za ciosem i zdradził dziś , że do obsady sequelu dołączy "Strażnik Teksasu” Chuck Norris  i Jean Claude Van Damme, który stoczy pojedynek na ekranie z nim samym. W filmie większą rolę zagra potłuczony skandalem seksualnym, były gubernator Kalifornii, Arnold Schwarzenegger. Również ta legenda kina wraca na srebrny ekran by pokrzepić Amerykanów. Arnie ma wystąpić w debiucie reżyserskim koreańskiego reżysera Ji-woon Kima, „The Last Stand”, gdzie zagra podstarzałego szeryfa, który rusza za bandytami do Meksyku. „Będzie to staromodny western, stworzony specjalnie z myślą o załamanym 63-latku stającym przed dylematem moralnym” -  informował portal  „Deadline Hollywood”. Trudno nie ulec wrażeniu, że będzie to western dla Amerykanów, którzy w erze niepewnej sytuacji ekonomicznej i ciągłym zagrożeniu terrorystycznym tęsknią za kimś kto w bezkompromisowy sposób uratuje ich w ciągu 2 godzin przed złem. Choćby odbyło się to tylko w sali kinowej.  Dlatego przez ostatnie lata w telewizji triumfy święcił brutalny patriota  Jack Bauer z „24 godzin” a nie nowoczesny, wyglądający na modela z MTV „Superman” czy lalusiowaty „Transformers”.  


Istnieje teoria, że poprzez amerykańskie kino można zobaczyć jakie zmiany dokonują się w mentalności tego narodu. Prof. Ryszard Legutko pokazał to na podstawie westernu, który zmieniał się wraz z otaczającą go rzeczywistością, ewoluując raz w stronę poprawnych politycznie bajek o dobrych  i pokojowych Indianach, innym zaś razem pokazując bezkompromisową walkę z przestępczością.  Również fatalne dla USA lata 70-te, gdy kraj ten przegrywał wojnę z komunizmem, był po kacu związanym z Wietnamem i szalejącymi cenami ropy naftowej, zaowocowały całą serią horrorow Georga A. Romero o żywych trupach czy brutalnie realistycznymi filmami typu „ Ostatni dom po lewej” i „Halloween” Carpentera.  Mam wrażenie, że to samo dotyczy  filmów akcji. W końcu to właśnie Rocky pokonywał w Moskwie Ivana Drago w 1988 roku i brawo mu za to bił Gorbaczow zaś Mudżahedinom pomagał John Rambo, który wcześniej starał się uświadomić Amerykanom jak nikczemne jest plucie na mundur żołnierzy wracających z piekła komunistycznej dżungli.


Jack Bauer skończył na razie swoją misję ratowania w ciągu „24 godzin” Ameryki przed terroryzmem. Może więc czas na powrót starej gwardii, która jak Bronson rozprawi się z wyhodowanym przez poprawność polityczną złem? Szkoda, że do ekipy Sly’e nie może dołączyć już Paul Kersey i Harry Callahan, który poszedł na emeryturę. Chociaż kto wie czy ten drugi nie wróci z przysłowiowej  „Florydy” by ten ostatni raz pokazać czym jest Ameryka. 


Łukasz Adamski