Przykłady szkodliwych działań polskich włodarzy, można by mnożyć bez końca niemal i zapełnić nimi kilka całkiem grubych tomów. Szkodliwych dla Kraju i Narodu jako jedności, bo dla pewnych jednostek czy grup działania te są nad wyraz pożądane. Weźmy ostatnią kontrowersyjną ustawę o zgromadzeniach zaproponowaną przez Prezydenta – uderza ona bezpośrednio w wolności obywatelskie, pośród których prawo do gromadzenia się zajmuje miejsce poczesne. Oczywiście prawo to powinno być w jakiś sposób uporządkowane, jednak nie w sposób restrykcyjny, uniemożliwiający w praktyce korzystanie z niego – a do tego właśnie sprowadza się zapis zakazujący protestu spontanicznego. Posłowie i senatorowie w ten sposób chcieli się zabezpieczyć przed skutkami własnych działań, które – co było widać na początku roku, kiedy powszechne oburzenie wywołała umowa ACTA – w społecznej ocenie są nie do zaakceptowania. Spontaniczne protesty przeraziły ich do tego stopnia, że postanowili wykorzystać prawo do uniemożliwienia kolejnego społecznego wybuchu. O czym to świadczy? Ano tylko i wyłącznie o tym, że politycy doskonale zdają sobie sprawę, że ich przyszłe poczynania Narodowi podobać się nie będą, ale ten Naród ma siedzieć cicho i nie podskakiwać – w przeciwnym wypadku trafi do kryminału. Ostatnie narzędzie, które miało jeszcze jaki taki wpływ na polityków zostało nam odebrane i na nic zdały się protesty opozycji, na nic głosy rozsądku ze strony organizacji pozarządowych czy związków zawodowych. Partia wie lepiej, dokładnie tak samo jak za starych, dobrych czasów.
Podobnie sytuacja wyglądała w przypadku podniesienia wieku emerytalnego czy przekazania rezerwy walutowej banku centralnego Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu – protesty i głosy sprzeciwu nie sprawiły na rządzących żadnego wrażenia. Koalicja rządząca wykorzystując posiadaną większość parlamentarną robi co chce, zupełnie nie licząc się ani z Narodem, ani ze zdrowym rozsądkiem. Piszę o obecnej kadencji parlamentu, jednak sprawa dotyczy każdej kadencji i każdej koalicji jaka powstała po pierwszych całkowicie wolnych wyborach. Wyborcze zwycięstwo, które powinno wiązać się z odpowiedzialnością za kraj często prowadzi do pychy i przeświadczenia o własnej nieomylności, które rodzi się w głowach partyjnych liderów. Potrzebne jest narzędzie, które skutecznie będzie zapobiegać traktowaniu państwa jako prywatnego folwarku przez rządzących. Ściślej kilka narzędzi, do zastosowania na różnych poziomach.
Daleko szukać nie trzeba, nasi przodkowie byli ludźmi mądrymi i instytucję zapobiegającą sobiepaństwu klik: było nią liberum veto. Zaraz ktoś zakrzyknie, że to sprzeczne z zasadami demokracji, że leczenie dżumy cholerą, że jeden przekupiony poseł będzie w stanie pogrzebać dobrą ustawę. To wszystko prawda. Ale też ten jeden poseł będzie w stanie zablokować złe prawo, którego wprowadzenie jest znacznie niebezpieczniejsze od niewprowadzenia prawa dobrego. Dodatkowo prawo weta powinno być obwarowane warunkami uniemożliwiającymi jego nadużywanie. Przede wszystkim poseł, który się do niego ucieknie powinien przedstawić kontrpropozycję dla głosowanej ustawy. Ponadto prawo zerwania głosowania mogłoby być ograniczone ilościowo, czy to przez limit przysługujący klubom parlamentarnym albo posłom, czy to przez limit ogólny, na przykład miesięczny. Nad klauzulami zabezpieczającymi można się zastanawiać, jednak wprowadzenie środków zaradczych przeciwko złym ustawom – w moim odczuciu – jest w obecnej sytuacji konieczne.
Drugim koniecznym zabiegiem jest wprowadzenie cenzusu majątkowego dla kandydatów na najwyższe stanowiska w państwie. Raz, że człowieka majętnego trudniej przekupić (choć nie jest to niemożliwe, chciwość nie jest tylko cechą biedaków), a dwa – do zarządzania wspólnym dobrem, jakim jest ojczyzna, nie powinni być dopuszczani nieudacznicy i ludzie, którzy karierę polityczną traktują jako dźwignię i sposób na zmianę swojej społecznej pozycji. Nie jest to oczywiście sposób doskonały, przyznaję też, że może być krzywdzący dla wielu uczciwych ludzi, którzy większego majątku nie mają. Niestety, ludzkie prawo doskonałym nie jest, nie sposób stworzyć mechanizmu weryfikującego dla kandydatów, który by zadowolił wszystkich. Nie oznacza to jednak, że ograniczeń wprowadzać nie należy. Cenzus majątkowy mógłby też być pomijany w przypadku ludzi, którzy piastowali stanowiska samorządowe, zasiadali w radach gmin czy miast, którzy zdobyli zaufanie lokalnej społeczności i sprawdzili się jako gospodarze – takie prawo promowałoby społeczników faktycznie zaangażowanych w działania dla dobra wspólnego.
Trzecim sposobem zabezpieczenia się przed wprowadzaniem złego prawa, a konkretnie przed ludźmi, którzy to prawo tworzą są jednomandatowe okręgi wyborcze i głosowanie bezpośrednie na konkretnego kandydata. System taki w tej chwili obowiązuje wyłącznie w przypadku wyborów do senatu, a – moim zdaniem – konieczne jest jego wprowadzenie podczas wyborów do sejmu, w którym prawo jest faktycznie tworzone. Dziś ludzie z pierwszych miejsc list głównych partii mogą być praktycznie całkowicie pewni otrzymania mandatu, nawet w przypadku, kiedy – mówiąc łagodnie – nie cieszą się sympatią wyborców. W przypadku okręgów jednomandatowych, z których tylko jeden kandydat mógłby uzyskać mandat już na wstępie odpadliby ludzie skompromitowani, których dotychczasowa działalność nie przyniosła krajowi żadnej korzyści albo była wręcz szkodliwa.
Przedstawiłem trzy pomysły, które nie tylko pozwoliłyby usprawnić działanie mechanizmów demokratycznych, ale wyeliminowałyby wielu spośród polityków, którzy traktują Polskę jako prywatne poletko, partyjny folwark mający przynosić korzyści tylko wybranym. Pomysły – o czym już wspomniałem – niedoskonałe, jednak myślę, że można na nich oprzeć dyskusję nad stanem państwa, prawa, gospodarki i (stanem moralnym) ludzi, którzy je tworzą. Stanem pozostawiającym wiele do życzenia – to jedno nie budzi chyba niczyich wątpliwości.

