– Ściganie się na ilość pytań w referendum sprowadza tę instytucję do absurdu - powiedziała w TVP Info była rzecznik rządu. Tymczasem premier Ewa Kopacz w zeszłym tygodniu apelowała do prezydenta Andrzeja Dudy o dopisanie pytań do październikowego referendum.
Marszałek Sejmu pytania referendalne nazwała „bardzo otwartymi”, również te zawarte w referendum zaproponowanym przez Bronisława Komorowskiego. – To nie są takie pytania, na które ja chciałabym, żebyśmy odpowiadali. Nie chciałabym, żebyśmy zwoływali referenda z takiego powodu. A mieszanie referendum z wyborami parlamentarnymi robi wielki zamęt – mówiła Kidawa w rozmowie z Kamilą Biedrzycką-Osicą.
– Wydarzyło się dużo złych rzeczy, nadal brniemy w ślepy zaułek. Zamiast się zatrzymać, idziemy dalej. Ja uważam, że to jest bardzo niedobre – odpowiedziała marszałek na sugestię dziennikarki, iż to Bronisław Komorowski „rozpoczął wojnę na referenda”.
Krytykowanie "ścigania się na ilość pytań" jest ciekawe o tyle, że jeszcze 4 dni temu premier Ewa Kopacz apelowała do prezydenta Dudy o zwiększenie liczby pytań w referendum. Kopacz chodziło m.in. o finansowanie religii w szkołach, przywileje związków zawodowych i in vitro. Pani marszałek, czy w ten sposób Ewa Kopacz sprowadza instytucję referendum do absurdu?

KJ/300polityka.pl