Polskimi siłami Lądowej Obrony Wybrzeża dowodził od lipca 1939 roku pułkownik Stanisław Dąbek – pisał „Dziennik Bałtycki”. Miał do dyspozycji 585 oficerów oraz 14 760 podoficerów i szeregowych. Niemcy mieli przewagę w liczebności wojska, a jeszcze większą w uzbrojeniu. Pułkownik Dąbek przygotował się jednak bardzo dobrze do obrony.

 

Niemcy mogli szybko zdobyć Gdynię i okolice uderzeniem od strony Gdańska i z południa, oraz zachodu. Natarcie rozpoczęło się 1 września. Niemieckie oddziały ruszyły z Sopotu. Szybko zostały odparte, a Polacy przekroczyli nawet granicę. Gen. Tiedemann ze swoją 207. dywizją nacierał od strony Bytowa na Kościerzynę. Bezpośrednio na wschód ruszyły tylko pułki Grenzwache, z którymi radziła sobie dobrze polska Straż Graniczna i oddziały Obrony Narodowej. To umożliwiło obrońcom Gdyni przeorganizowanie sił. Do 12 września polskie oddziały walczyły z niemieckimi jak równy z równym. Na atak odpowiadały atakiem. Wypuszczały się daleko poza Gdynię. 12 września napór Niemców zwiększył się. Tego dnia dwukrotnie płk Dąbek zdobył jednak jeszcze dokumenty niemieckiego sztabu, a po jednym z polskich ataków gen. Tiedemann uciekał pieszo.



Po ciężkich walkach Polacy musieli się jednak ostatecznie wycofać wieczorem na Kępę Oksywską - ostatni punkt oporu. Żegnali ich ze łzami w oczach gdynianie. Niemcy Gdynię zajęli 14 września. Trwał dramatyczny bój o Kępę Oksywską. Teraz jednak oddziały polskie znalazły się już w sytuacji bez wyjścia. Niemcy nacierali ze wszystkich stron. Obrońców Kępy Oksywskiej ostrzeliwała artyleria z lądu oraz z okrętów wojennych. Byli bombardowani przez samoloty wroga. Bronili każdego skrawka ziemi. Odpierali ataki wroga i kontratakowali. Gdy np. kapitan Małaszkiewicz zauważył, że samoloty wroga lądują w okolicy Rewy, tam skierował ogień. Zniszczonych zostało około 15 wrogich maszyn.

 

Polskim oddziałom zaczynało brakować amunicji (jeden z trzech składów trafili Niemcy na początku walk o Kępę Oksywską). 19 września był ostatnim dniem walk. Padały kolejne polskie punkty obrony.



Pułkownik Dąbek około godziny 11 połączył się z kontradmirałem Józefem Unrugiem i poinformował go, że wyczerpały się wszystkie możliwości obrony. Już na polu walki wezwał do siebie ppłk. Szpunara, któremu powiedział: "W wypadku, gdybym nie żył, natychmiast zaprzestaniesz walki". Pułkownik Dąbek  pamiętne słowa: "Pokażę wam jak Polak walczy i umiera". Uważał za wyjątkową hańbę, by jako dowódca i oficer dostać się w ręce wroga. Gdy po eksplozji pocisku moździerzowego został ranny, odebrał sobie życie strzałem w usta. Jego ostatnie słowa miały brzmieć: "Ja nie skapituluję!".

 

Podpułkownik Szpunar, który po śmierci Dąbka objął dowodzenie już garstką obrońców, po kilkunastu minutach walki zarządził kapitulację, ale obiecał swoim żołnierzom, że zejdą z pola walki z bronią w ręku. I tak też się stało. Niemcy za bohaterską walkę i postawę chcieli ppłk. Szpunara uhonorować szablą, ale polski oficer jej nie przyjął, bo uważał, że należała się jego dowódcy, płk. Dąbkowi. W uznaniu dla bohaterskiej obrony Kępy Oksywskiej Niemcy zezwolili na uroczysty pogrzeb pułkownika Stanisława Dąbka. Szablę wbito przy jego grobie. Obrona Kępy Oksywskiej przeszła do historii.

 

W oddziałach Lądowej Obrony Wybrzeża walczyło łącznie około 15 tysięcy żołnierzy i ochotników. Płk Dąbka do stopnia generała awansował pośmiertnie gen. Władysław Anders.

 

Dziękujemy kibicom Arki Gdynia, a także innych klubów, że zaakcentowali wczoraj na polskich stadionach pamięć o tym, co wydarzyło się 1 września 1939 r. i oddali cześć polskim bohaterom.

 

JW/DziennikBałtycki/You Tube