Ale z jakiegoś dziwnego powodu media zachodnioeuropejskie nie biją z tego powodu braw postępowym Afrykańczykom. Nikt nie przekonuje, że to był konieczny ruch, bo przecież nie można przymykać oczu na miliony takich małżeństw (a przecież one już istnieją), brak postępowców, którzy przekonują, że wreszcie udało się zerwać z monogamicznym, ograniczającym chrześcijańskim modelem małżeństwa i zastąpić go układem bardziej otwartym.

Ten brak jest zaś zupełnie nielogiczny. Jeśli bowiem uznajemy, że nic takiego jak norma małżeństwa (jeden mąż-mężczyzna jedna żona-kobieta) nie istnieje, to w istocie możliwa jest każda modyfikacja prawnego rozumienia małżeństwa. I w związku z tym można nie tylko zmienić płeć partnerów, ale też wprowadzić większą ich liczbę do związku. Tam, gdzie normatywność jest zniewoleniem i ograniczeniem nie ma miejsca na uznanie, że poligamia jest czymś gorszym od monogamii. Szczególnie, że w Europie (i w Polsce także) od dawna promuje się poligamię, tyle że w odróżnieniu od Afryki jest to „poligamia seryjna”. Każdy może mieć kilka żon, ale nie równocześnie...

I choć my sami godzimy się zarówno na poligamię seryjną, jak i na redefiniowanie małżeństwa, to gdy to samo (dokładnie to samo) robią Afrykańczycy wtedy uznajemy, że to niedopuszczalne... Trudno określić to inaczej niż hipokryzją i brakiem logicznego myślenia.

Tomasz P. Terlikowski