Justyna Pobiedzińska zaczyna swój tekst od przypomnienia o akcji, która skłania do poparcia prawa do sprzeciwu sumienia dla farmaceutów. Dziennikarka przypomina brzmienie formularza jaki podpisują katolicy sprzedający, jeszcze legalnie, leki: „Zdecydowanie sprzeciwiam się nakładaniu obowiązku sprzedaży tych produktów na farmaceutów czy też apteki. Narzucanie takich zobowiązań jest wyrazem presji i dyskryminacji, czego wyraźnie zabrania rezolucja Rady Europy z dnia 7 października 2010 roku. Jest ono również sprzeczne z Kodeksem Etyki Aptekarza (par. 3), w którym stwierdza się, że powołaniem aptekarza jest współudział w ochronie życia i zdrowia oraz zapobieganie chorobom, a także z par. 4 mówiącym, że farmaceuta musi posiadać wolność postępowania zgodnie ze swoim sumieniem”. Dziennikarka postanowiła więc sprawdzić jak często farmaceuci nie korzystają z prawa do sumienia.
„Czy wolność sumienia farmaceutów jest chroniona kosztem praw innych obywateli, a właściwie - obywatelek, bo to one zachodzą w ciążę. Innymi słowy - czy dla komfortu części aptekarzy Polki będą musiały rodzić niechciane dzieci, bo aptekarskie sumienia pozbawią nas dostępności do antykoncepcji?” - pyta więc Pobiedzińska w stylu określającym jej nastawienie przed lustracją aptek. Jeden z farmaceutów mówił jej zresztą ,że „farmaceutów w Polsce jest 22 tysiące. - Ci katoliccy to może półtora procenta w naszej grupie zawodowej. Jest ich mało, za to głośno krzyczą. Ale absolutnie nie jest to grupa reprezentująca światopogląd nas wszystkich. Tyle tylko, że ciągle się o nich mówi.” Jak rozumiem w kraju, gdzie ponad 90 procent obywateli to katolicy, farmaceutami są sami ateiści i innowiercy. Dobrze wiedzieć. Trzeba sprawdzić dlaczego akurat wybierają ten zawód.
„Daję sobie 72 godziny na zdobycie recepty na antykoncepcję postkoitalną (w państwowej przychodni, bo u prywatnego ginekologa to żadna sztuka) i zrealizowanie jej. Dokładnie tyle czasu potrzeba po niezabezpieczonym stosunku, żeby lek Escapelle zadziałał, nie dopuszczając do zapłodnienia lub - gdy już do niego doszło - do implantacji zapłodnionego jaja w macicy"- pisze w nowomowie wyborczej dziennikarka. Dla niezorientowanych w meandrach propagandowego języka, wyjaśniam, że chodzi o środki wczesnoporonne. „Pani doktor wypisuje receptę bez mrugnięcia okiem. Dziwi się mojemu zdziwieniu, że poszło tak gładko.- Wypisuję ten lek wszystkim kobietom, które o niego proszą - wyjaśnia ginekolożka. - tak, jestem osobą wierzącą. Tylko niech mi pani powie, co ma mieć jedno z drugim wspólnego?”- relacjonuje dziennikarka spotkanie z anonimizowaną katoliczką, która nie widzi podobno problemu ze sprzedawaniem środków wczesnoporonnych. „Wie pani, ten lek jest drogi, a biznes to biznes”- mówi podobno farmaceutka. „Idę z receptą do apteki najbliżej przychodni, gdzie przed laty odmówiono mi sprzedaży wkładki wewnątrzmacicznej, wyjaśniając, że "apteka nie prowadzi sprzedaży środków aborcyjnych". Skoro tu spirala jest równa aborcji, Escapelle musi podlegać tej samej ocenie etycznej? Lek jest. Żadnych problemów. Potem odwiedzam jeszcze 25 innych wrocławskich aptek. Lek wszędzie jest, a jeśli go nie ma, farmaceuci obiecują, że sprowadzą go na rano następnego dnia. W końcu, zdumiona bezowocnymi poszukiwaniami efektów protestów katolickich farmaceutów, pytam jednego sympatycznego aptekarza, jak to możliwe, że lek wszędzie jest, choć taki wokół niego szum i protesty?” - relacjonuje dziennikarka „Wysokich obcasów”. To antykoncepcja jest lekiem? Z Wyborczej wiele można się dowiedzieć. Teraz rozumiem oburzenie na papieża. Odmawiał leków murzynom w Afryce!
Dziennikarka wszędzie jednak znajduje środek. Nawet na polskich wsiach i małych miasteczkach, które jednak nie są tak zacofane jak się mawia. Pewnie tam wygrała PO. W Obornikach Śląskich w jednej aptece miła pani mówi dziennikarce z uśmiechem, że zawsze pilnuje, żeby Escapelle nigdy nie zabrakło, "bo wiadomo, tu liczy się czas". Opór żurnalistka napotyka tylko w Pęgowie. "Proszę, żeby w takim razie sprowadziła go na nazajutrz rano. Kobieta odmawia wyjaśniając, że na jutro nie ma żadnych zamówień. Nie ustępuję i proszę o lek na pojutrze rano. Farmaceutka poddaje się, ciężko wzdycha i mówi, zerkając na krucyfiks, który wisi na ścianie”. Znów ten cholerny lamus na kijkach się gapi - stara nam się przekazać dziennikarka. Już znamy następną akcję postępowców: "krzyże paszoł won z aptek!" Jednak i w tej aptece pani od krzyża obiecała sprowadzić „antykoncepcje po”. W końcu Palikot w Sejmie działa otrzeźwiająco.
„Podsumowując - Escapelle w polskich aptekach jest. Pozostaje mieć nadzieję, że nic się nie zmieni, a katoliccy farmaceuci - jeśli tak im zależy na higienie sumienia - poszukają sobie innej pracy. Po prostu”- kończy dziennikarka. Cóż, przynajmniej jest ona uczciwa w tym co pisze. Katolicy nie mają prawa być farmaceutami. "Po prostu". Ciekawe czy jakich zawodów jeszcze tolerancjoniści nas będą chcieli pozbawić? Nauczyciela? Policjanta? Polityka? A może księdza? W końcu prawdziwymi duchownymi są tylko ci od "cywilnej konstytucji kleru". To kiedy odpowiednie napisy na witrynach sklepów? Katole raus! Katole na Madagaskar! Księża na księżyc w imię laickiego państwa! - brzmi nieźle, nieprawdaż? To na razie pewnie s-fi, choć był nim do niedawna Palikot w Sejmie. Na razie wiemy jedno z postępowego pisma dla kobiet: katolicy nie powinni być farmaceutami. "Nie ma tolerancji dla przeciwników antykoncepcji". Po prostu.
Łukasz Adamski

