- Jestem zmęczony tą serią pochwał i peanów. Kult jednostki, jak za Stalina. Nikt nie zająknął się o krytyce pontyfikatu – mówił w Radiu ZET prof Tadeusz Bartoś. I aż trudno nie zadać mu pytania, czy – po tylu latach w Kościele – nie rozumie on, że katolicy opłakują obecnie rezygnację Ojca. Nie wielkiego przywódcy, ale Ojca świętego? I czy nie uważa on, że gdy ludzie płaczą, nie należy z obrzydzeniem odwracać od nich oczu i z pogardą wypowiadać się o ich uczuciach?
Trudno też nie zadać pytania, czy były zakonnik nie odczuwa jednak obciachu, gdy porównuje wybitnego teologa, wspaniałego kapłana, człowieka, który poświęcił swoje życie Kościołowi i służbie prawdzie, do masowego mordercy, który kazał się czcić bez najmniejszych powodów? Czy Bartoś nie dostrzega, że w ten sposób zwyczajnie uniemożliwia rozmowę, buduje bariery, których nigdy już nie przejdzie, bo nie da się rozmawiać z kimś, kto opluł Twojego Ojca.
Tomasz P. Terlikowski
