Kathleen Sebelius pochodzi z Kansas - aborcyjnej stolicy świata. To tam przeprowadza się najwięcej aborcji poprzez częściowy poród. Ale Kansas uważa się także za kolebkę ruchu przeciw niewolnictwu, który wyrósł z poszanowania wolności i ochrony istoty ludzkiej.

To, że działacze proaborcyjni wybrali ten stan – zdaniem prof. Hancocka – nie jest przypadkowe. Jego zdaniem kwestia aborcji – kość niezgody w amerykańskim społeczeństwie – pokazuje, że niewolnictwo w XXI wieku wcale się nie skończyło. Kansas, które szczyciło się walką o wolność, dziś dzięki liderom takim jak Sebelius stacza się na dno tej walki.

Nie jest tajemnicą, że Kathleen Sebelius, będąc jeszcze gubernatorem, niejednokrotnie gościła w swoim domu George Tillera – oskarżonego o przeprowadzenie nielegalnych aborcji. Czy pokaźne pieniądze, które Tiller zarobił na aborcyjnym biznesie, wpływały na konto kampanii wyborczej pani gubernator? - Istnieją wiarygodne podstawy, by to przypuszczać – mówi profesor.

Pewne jest natomiast, że z powodu otwartego popierania aborcji, abp Joseph F. Naumann wezwał Sebelius do nieprzystępowania do Komunii Świętej. Gubernator, podobnie jak rzecznik Izby Reprezentantów Nancy Pelosi czy wiceprezydent Joseph Biden, zwykła określać siebie katoliczką, która popiera "prawo kobiety do wyboru".

- Nominacja Kathleen Sebelius na stanowisko sekretarza zdrowia została obliczona na doprowadzenie do rozpadu społeczności obrońców życia w naszym kraju – ostrzega Hancock w „Naszym Dzienniku”.

- Sebelius jest kolejnym żołnierzem u boku prezydenta Obamy, który będzie wprowadzał w życie jego skrajnie lewicową, socjalistyczną ideologię, głęboko zagrażającą naszemu krajowi – mówi profesor. Jego zdaniem to jedynie wzmocni aktywizację środowisk pro life. Do mediów będą coraz częściej przedostawały sie informacje o aborcyjnej polityce prezydenta i wkrótce ta nominacja może okazać się jego największym błędem.

- Lewaccy aktywiści od lat toczą pianę, szukając okazji do zmienienia USA w kraj socjalistyczny. Od dekad podminowują wszystkie wolności obywatelskie, doprowadzając Amerykę do stanu, który Alexis de Tocqueville nazywał "miękką tyranią".

Te zmiany, w opinii profesora, przy administracji Obamy nabrały mocnego rozpędu. Jako przykład Hancock podaje fakt, iż Obama w ciągu sześciu tygodni przewidział wydanie większej ilości pieniędzy z budżetu, niż wszystkie rządy wydały w całej historii Stanów Zjednoczonych. Uruchomiło to wielką rządową machinę pozbawioną kontroli.

Demokraci marzyli o takiej sytuacji, jaka nadarzyła się im obecnie. Przejęli praktycznie całkowitą kontrolę nad Kongresem, nad władzą wykonawczą i wyciągają rękę po Sąd Najwyższy.

- Duża część administracji nie pochodzi ponadto z demokratycznego wyboru, lecz z tej części wiernych biurokratów, którą śmiało można nazwać partyjnymi aparatczykami – mówi amerykański profesor. Dodaje, że są oni w zasadzie nietykalni. Czy oznacza to nieodwracalne zmiany dla Ameryki? Zdaniem profesora, nie wróży to USA nic dobrego - kiedy rząd się tak rozrośnie, rzadko kiedy kurczy się z powrotem.

- Jak powiedział kiedyś Ronald Reagan: "Nie ma nic bardziej trwałego niż tymczasowy program rządowy". Obama tak właśnie rozbudowuje swój rząd przy pomocy setek "tymczasowych programów". Ameryka, którą znam z dzieciństwa, lider osobistych wolności i ograniczonej władzy, znika w oczach. Lewica jest obecnie rozentuzjazmowana, lecz jeśli uda jej się zrealizować wszystkie swoje cele, nie tylko USA zapłacą za to cenę.

 

AJ/ND

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »