Fronda.pl: Jak Pan ocenia rzetelność dokumentów medycznych związanych z katastrofą smoleńską?
Dariusz Fedorowicz*: Niestety do tej pory nie miałem okazji zobaczyć tych dokumentów na własne oczy w prokuraturze. Natomiast sądząc po badaniu zawartości alkoholu we krwi gen. Andrzeja Błasika można sądzić, że poziom rzetelności jest bardzo niski. Badania zostały ujawnione po dziewięciu miesiącach, bez podania metody, którą zastosowano. Opierając się na przekazach prasowych można stwierdzić, że metodologia tych badań budzi wiele zastrzeżeń. Co gorsze, badanie zostało przeprowadzone bez udziału strony polskiej. Nie mieliśmy żadnej możliwości weryfikacji wyników tej analizy, ujawnione zostały one dopiero ostatnio. To czyni te badania zupełnie niewiarygodnymi.
Co Pan wie o bezpośrednich przyczynach śmierci swojego brata?
Do tej pory nie miałem możliwości zapoznania się z dokumentacją medyczną na ten temat. Bez wglądu w te materiały nie mogę wiedzieć niczego. Od samego początku powtarzam zresztą, że niezmiernie niepokojące jest, że Polacy nie mogli sami przeprowadzać żadnych badań w tym zakresie, nie mogli pobierać własnych materiałów do analiz. To stawia pod znakiem zapytania rzetelność całego postępowania.
Czy sekcja Pana brata została w ogóle przeprowadzona?
Do tej pory wiem jedynie od mojego pełnomocnika, że znalazły się dokumenty na temat sekcji ofiar katastrofy. Jednak część tej dokumentacji jest niekompletna, one nie dotyczą wszystkich ofiar katastrofy. Jak powtarzam, wglądu w to na razie jednak nie miałem. Nawet jeśli je zobaczę, nie będę mógł udzielać w tej sprawie żadnych szczegółowych informacji. One są bowiem objęte klauzulą tajności.
Największe wątpliwości w tej sprawie budzi fakt, że nie było możliwości współdziałania Polaków w prowadzeniu tych badań, nie były pobierane żadne specjalistyczne próbki do badań histopatologicznych, biochemicznych czy z użyciem chromatografu gazowego i tego typu urządzeń. One mogłyby wiele wnieść do tego śledztwa. Zadziwiające jest również, że mając już w kwietniu bardzo bogaty materiał dowodowy w postaci szczątków naszych bliskich śledczy nie wykorzystali tego faktu dla poczynienia własnych ustaleń. Mogę jedynie przypuszczać, że dali się zmylić zapewnieniom pani minister Ewie Kopacz o przeprowadzonych rzetelnie badaniach w Moskwie. Te zapewnienia słyszeliśmy wszyscy w mediach.
Jest Pan lekarzem. Dlaczego rzetelne sekcje są w tej sprawie tak ważne?
Badania sekcyjne są w stanie powiedzieć bardzo wiele na temat mechanizmu powstania urazów, które doprowadziły do śmierci. Są to jedne z podstawowych badań, które należy wykonać. One wniosłyby bowiem ogromną ilość wiedzy na temat bezpośrednich przyczyn śmierci ofiar katastrofy smoleńskiej. Oczywiście takie badania należy wykonać za świeżo, zaraz po śmierci. Wartość autopsji wykonanej po wielu miesiącach będzie dużo mniejsza. Mówię będzie, ponieważ cały czas mam nadzieję, że strona polska sięgnie do tego materiału dowodowego.
Należy Pana zdaniem wykonać ekshumacje?
Tak, tą sprawą powinna zająć się prokuratura prowadząca śledztwo. To nie jest widzimisię rodzin, to obowiązek prokuratury, by zabezpieczyć materiał dowodowy w tej sprawie. Badania ekshumacyjne powinny zostać przeprowadzone. Tymczasem śledczy nie dość, że nie przeprowadzają z urzędu tych ekshumacji, to dodatkowo nie odnoszą się w ogóle do wniosków rodzin o ich przeprowadzenie. One pozostają bez odpowiedzi.
Dlaczego po przylocie ciał do Polski nie otworzono trumien i nie wykonano w Polsce sekcji zwłok. Mówiło się w kraju, że nie było takich możliwości prawnych. Rzeczywiście nie było?
Prokuratorzy mieli nie tylko prawo, ale i obowiązek, przeprowadzić te sekcje. Niestety nie wykonano ich i obecnie widzimy tego smutne efekty. Polska nie wykorzystała niezmiernie ważnego materiału dowodowego, który miała do dyspozycji. To kolejna niezrozumiała dla mnie decyzja. Tłumaczono wtedy rzeczywiście, że to było niemożliwe, ponieważ te trumny są objęte rosyjską jurysdykcją, ale to jest zupełny absurd. Słyszeliśmy również opinie, że nie wykonuje się ekshumacji, ponieważ zabrania tego ustawa o pochówkach i cmentarzach z 1959 roku, czyli akt prawny o naturze przepisów sanitarnych. One jednak nie mogą brać góry nad postępowaniem prokuratorskim. To kolejne bezpodstawne tłumaczenie. Widać w tej sprawie bardzo dziwne rozumowanie i równie dziwne postępowanie.
Jak wyglądała pomoc dla rodzin ofiar tuż po katastrofie smoleńskiej? Czy Pana rodzina została otoczona należną opieką?
W kilka godzin po katastrofie pojawiła się u nas pani psycholog z komendy wojewódzkiej policji. Zadbano o to należycie. Również ze strony władz województwa kujawsko-pomorskiego mieliśmy pomoc pełnomocnika. Pomagał nam w organizacji pogrzebu, czy uroczystości zaplanowanych na pl. Piłsudskiego w Warszawie. W tym względzie nie mam żadnego prawa narzekać. Pani, która się nami opiekowała, robiła to z wielkim zaangażowaniem, zdecydowanie przekraczając ramy samego obowiązku służbowego. Zwyczajnie po ludzku zachowywała się bardzo przyzwoicie. Cała rodzina jest jej bardzo wdzięczna.
Jak Pan ocenia poziom zaangażowania władz rządowych w sprawę wyjaśniania okoliczności katastrofy smoleńskiej?
Nie wiem, czy można tu w ogóle mówić o zaangażowaniu. Działanie władz jest niewystarczające. Najlepiej świadczy o tym raport MAK, który zaskoczył stronę polską. Wnioski Rosjan były oczywiście do przewidzenia. Już od października dysponowaliśmy przecież projektem tego dokumentu. Sposób postępowania strony rosyjskiej również był nam znany, znane były uwagi płk. Edmunda Klicha, który mówił o utrudnieniach, na które napotykał. W działaniach rządu widać zupełny brak stanowczości, brak domagania się dostępu do materiału dowodowego. Zaniechania, których się dopuszczono, powodują, że my w tej chwili mamy nieprawdziwy raport, a dodatkowo nie mamy żadnych własnych ustaleń, które umożliwiłyby nam podważenie rosyjskiego stanowiska.
Czego nam brakuje?
Brak jest zabezpieczonego materiału do specjalistycznych badań, nie tylko medycznych. Nie mamy również oryginalnych materiałów z rejestratorów – czarnych skrzynek czy rejestratora parametrów lotu. W naszej dyspozycji są głównie kopie. To jest oburzające. To stawia nas na przegranej pozycji w tym postępowaniu. Jak widać, strona rosyjska nie ma żadnej woli rzetelnego wyjaśnienia sprawy. To bardzo bolesne dla rodzin, że rząd działa w tej sprawie w sposób niewystarczający. Ktoś za to winę ponosi.

Brał Pan udział w spotkaniu rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej z premierem Donaldem Tuskiem oraz jego ministrami. Miał Pan poczucie, że rząd jest otwarty na Państwa uwagi czy sugestie?
Przez wiele miesięcy domagaliśmy się rzeczywiście spotkania z premierem Tuskiem oraz z ministrami odpowiedzialnymi za postępowanie ws. katastrofy, ale również za przygotowanie wizyty polskiej delegacji w Katyniu. Ucieszyliśmy się, gdy wreszcie w listopadzie udało się doprowadzić do takiego spotkania. Jak się jednak okazało to spotkanie miało na celu raczej pokazać, że premier i rząd ma wolę współpracowania z rodzinami, że chce nas na bieżąco informować o postępach śledztwa. Niestety nic takiego nie ma jednak miejsca. Dlatego ja po pierwszym spotkaniu zrezygnowałem z uczestnictwa w dalszych rozmowach z rządem. Doszedłem do wniosku, że nie będę legitymizował pozornych działań, które do niczego dobrego nie prowadzą. Uznałem, że jeżeli takie spotkania nie będą transmitowane przez media, to nie mają one sensu. Ich formuła jest całkowicie pusta.
Dlaczego?
Niczego nie byliśmy się w stanie dowiedzieć. Na drugim spotkaniu rodziny również nie uzyskały żadnych informacji. Jedynym ważnym wydarzeniem był niewybredny atak premiera Donalda Tuska na panią Ewę Kochanowską.
Wielu członków rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej formułowało opinie, że mamy w Polsce do czynienia z próbą dzielenia rodzin na te dobre i złe. Ma Pan takie poczucie?
Tak, to jest widoczne. Od dłuższego czasu usiłuje się wmawiać społeczeństwu, że rodziny są podzielone, przeciwstawia się nas sobie. Taki obraz jest nieprawdziwy. Rodziny mają prawo do własnych poglądów i własnego sposobu patrzenia na katastrofę. Trzeba pamiętać, że wszystkie rodziny mają ten sam ból – cierpią z powodu utraty najbliższych. Nieistotne jest kto jak się odnosi do kwestii ustalenia przyczyn. Sądzę, że wszystkim zależy na poznaniu prawdy. Myślę jedynie, że jedne rodziny bardziej łatwowiernie podchodzą do sprawy śledztwa. Sądzę, że wielu osobom oczy się otworzyły po opublikowaniu raportu MAK. To mogło doprowadzić do utraty optymizmu, którym się wcześniej cechowały. Próby dzielenia rodzin są bardzo przykre i niewiele mają wspólnego z prawdą. Ja nie mam żadnych pretensji, zarzutów czy żalu do nikogo z rodzin. Mogę jedynie ubolewać, że niektórzy wykazują się dużą dozą naiwności. Natomiast nie potępiam nikogo. Ludzie w bólu i cierpieniu reagują różnie.
Czy próby dzielenia rodzin widział Pan również w działaniach strony rządowej?
Oczywiście ci, którzy wypowiadają się w sposób korzystniejszy dla strony rządowej, czy wspierają rząd swoimi działaniami, są cieplej odbierani przez stronę państwową. Przypomnijmy choćby pielgrzymkę do Smoleńska. Część rodzin ofiar katastrofy wzięła w niej udział, a druga część ją zbojkotowała. Ci, którzy na nią nie pojechali, uważali, że najpierw należy zadbać o rzetelne postępowanie, a nie popierać działania na pokaz, które niczego nie wnoszą. To miał być sygnał dla rządu, by zintensyfikował działania ws. katastrofy smoleńskiej. Jednak tak się nie stało. Skończyło się na niewybrednych komentarz dotyczących bojkotu tej pielgrzymki. Politycy skrytykowali również bardzo ostro nasz wyjazd do Parlamentu Europejskiego na konferencję dotyczącą nieprawidłowości w śledztwie powadzonym przez Rosję. Jerzy Buzek, szef PE, uznał wtedy, że pojechaliśmy na coś w rodzaju terapii grupowej. Z kolei prezydent Lech Wałęsa nazwał nas cywilbandą, która pojechała rozrabiać do Europy. Takie wypowiedzi są bardzo dla nas przykre i niesprawiedliwe. To pokazuje, że różnicowanie rodzin przez polityków obozu rządzącego rzeczywiście ma miejsce. Kilkakrotnie w mediach próbowano również zdyskredytować rodziny, informując np. o odszkodowaniach. Poinformowano, że każdy członek rodziny ofiary katastrofy otrzyma ćwierć miliona złotych na głowę, porównywano to z odszkodowaniami za inne katastrofy i wypadki. To działania niskich lotów. Zachowanie premiera Tuska podczas spotkania z rodzinami ofiar również można w ten proces wpisać. Takie próby są inspirowane przez stronę rządową. To jest to państwo polskie, które podobno zdało egzamin.
W Polsce często słychać oskarżenia o polityczne wykorzystywanie katastrofy smoleńskiej. Pan ma poczucie, że ktoś „gra Smoleńskiem”?
Oczywiście, że mamy do czynienia z polityczną grą katastrofą smoleńską. W mojej ocenie to właśnie obóz władzy wykorzystuje tragedię smoleńską, żeby uciszać opozycję. Gdy krytykuje ona sposób prowadzenia śledztwa czy sprawy, które się wiążą z katastrofą, rząd komentuje to w bardzo niewybredny sposób. Mówi, że jest to wykorzystywanie trumien, tragedii, zbijanie na niej kapitału politycznego. Niestety robią to właśnie ci, którzy tymi hasłami szafują. Oni zbijają wszelkie argumenty oskarżeniami o upolitycznianie sprawy. To niedopuszczalne, tak nie powinno być. Ostatnia debata w Sejmie na temat katastrofy również była żenująca. Premier nie udzielił żadnej odpowiedzi, tylko atakował bezpardonowo opozycję.
Media – każde na swój sposób i w sobie znanym celu - więcej uwagi przykładają w ostatnim czasie do sprawy katastrofy smoleńskiej. Pana zdaniem do pomaga w wyjaśnianiu przyczyn katastrofy?
Sądzę, że maksymalna jawność tej sprawie może tylko pomóc. Od początku oczywiście mamy do czynienia z różnymi „wrzutkami”. Często podaje się informacje z gruntu fałszywe, potem na ich podstawie opinia publiczna buduje sobie obraz katastrofy smoleńskiej. To jednak tylko potwierdza, że jeśli nie ma rzetelnych informacji na ten temat, to w miejsce faktów wchodzą jakieś domysły lub kłamstwa. Uważam, że w tej chwili - po zimnym prysznicu, którym był raport MAK na temat katastrofy smoleńskiej – należy się zabrać za postępowanie w sposób bardzo rzetelny. Należy szukać na poważnie pomocy międzynarodowej w tym śledztwie. Niestety jednak bez pomocy strony rządowej nie jesteśmy w stanie takiej pomocy uzyskać.
Dlaczego potrzebna jest pomoc międzynarodowa?
Postępowanie Rosjan budzi coraz większe wątpliwości. Strona rosyjska zapewniała nas, że sprawa będzie prowadzona w sposób rzetelny i zgodny ze światowymi standardami. Tak nie jest. W żadnych standardach nie mieści się niszczenie dowodów, czy wraku samolotu. Jeśli porówna się skrupulatność strony rosyjskiej i np. śledczych badających sprawę zamachu nad Lockerbie to standardy są diametralnie różne. W tak ważnej i bezprecedensowej sprawie, jak śmierć 100 osób, w tym najważniejszych urzędników, dowódców i polityków, widać lekceważące podejście. To jest rzecz niepojęta.
Jak Pan ocenia raport końcowy MAK na ten temat?
Raport MAK jest całkowicie niewiarygodny. W debacie publicznej pojawiają się niezrozumiałe eufemizmy na jego temat. Mówi się o dopełnianiu prawdy. Czy prawda może być pełniejsza? Nie ma czegoś takiego. Jest prawda lub fałsz. Jeśli ktoś nie pokazuje prawdy w całości dopuszcza się manipulacji i fałszuje obraz. Dokument rosyjski to nie prawda, ani półprawda. To zwyczajne kłamstwo. To stawia pod znakiem zapytania całość tego raportu i postępowania Rosjan. Mam nadzieję, że komisja ministra Millera – mimo szczupłości materiałów, jakimi dysponuje - przyniesie kolejne dowody na kłamstwa strony rosyjskiej. Wystawiła ona sobie fatalną laurkę, manipulując, przemilczając pewne kwestie. To powoduje, że powinniśmy wobec niej stosować zasadę ograniczonego zaufania. Rosja nie chce wyjaśnić tej sprawy w sposób rzetelny. Liczę na to, że raport MAK będzie motywacją do lepszego przebadania całości prac strony rosyjskiej. Powinny się tym zająć instytucje międzynarodowe. Muszą one zbadać zarówno sprawę przyczyn katastrofy smoleńskiej, jak i rzetelność śledztwa MAK.
Jak Pan ocenia zmianę retoryki premiera dotyczącą raportu MAK?
Widać obecnie grę polskiej strony, która ma na celu obronę własnego stanowiska i sposobu postępowania. Nie ulega jednak wątpliwości, że zaniedbania są również i po polskiej stronie. O nich należy mówić i je wyjaśniać. Działania polskiej strony świadczą, że władze starają się uciec przed odpowiedzialnością. Jednak większą winę w tej sprawie ponoszą Rosjanie. Z ostatecznymi ocenami należy poczekać. Raport MAK jest tak kłamliwy, że nie należy wyciągać na jego podstawie żadnych wniosków.
Pana zdaniem lepszy będzie polski raport?
Obawiam się, że będzie on bardziej próbą obrony własnych interesów, niż próbą rzetelnego wyjaśnienia okoliczności katastrofy smoleńskiej. Zauważmy, że komisja kierowana przez ministra Millera jest niejako sędzią w swojej sprawie. Bada również działalność rządu i ludzi nadzorowanych przez samego ministra. To oznacza, że może być niewiarygodna. Widać w tej sprawie zresztą jakieś naprowadzanie na swoje tezy. Ja natomiast oczekuję bezstronnego śledztwa, które wyjaśni co się stało w Smoleńsku. I tym się powinny zająć organizacje międzynarodowe.
Czy Pana zdaniem jest wciąż szansa na poznanie prawdy o katastrofie?
Jestem optymistą, więc mam nadzieję, że tę sprawę - prędzej czy później – uda się rzetelnie wyjaśnić. Nie dopuszczam innej myśli do głowy. Na Prawdę trzeba czasem czekać wiele lat, ale w końcu ona zawsze na jaw wychodzi. Podobnie było przecież ze sprawą zbrodni katyńskiej. Ludzie, którzy myślą, że może się uda coś zataić w tej kwestii są w błędzie. Uczy tego historia. A obecnie mamy w Polsce rządy historyków, oni powinni zdawać sobie z tego sprawę.
Ma Pan poczucie, że polskiemu społeczeństwu zależy na prawdzie o katastrofie smoleńskiej?
Na co dzień spotykam się z dowodami, że społeczeństwu bardzo zależy, by tę sprawę wyjaśnić w sposób rzetelny. Oczywiście trudno tu generalizować. Jest spora grupa osób, która daje się mamić propagandzie, wmawiającej ludziom, że tę sprawę należy już zamknąć, ponieważ trzeba budować, czy iść do przodu, że już dość – wystarczy. Jednak nad tą sprawą nie można przejść do porządku dziennego. Trzeba ją rzetelnie wyjaśnić. Bez tego nie da się dalej budować Rzeczypospolitej i niezależnego jej bytu. Nie wyobrażam sobie, by można było tak ważną sprawę zamieść pod dywan i uznać, że jest już niebyła.
Czy Pana zdaniem walczy się w Polsce z pamięcią o ofiarach katastrofy smoleńskiej?
To było widać już w kwietniu. Na siłę, szybko usuwano wszelkie ślady związane z katastrofą. W pośpiechu usuwano choćby ślady po zniczach na Krakowskim Przedmieściu. Usunięto również krzyż sprzed Pałacu. To była jedna z pierwszych decyzji prezydenta Bronisława Komorowskiego. To może są drobne sprawy i wydarzenia, ale to było bardzo bolesne dla rodzin. Również po pogrzebie mojego brata w Bydgoszczy, na który przyszły tłumy – około 20 tys. ludzi, przeczytaliśmy w gazetach komentarze, że było tam kilkaset ludzi. Widać wyraźnie próby umniejszania roli tego wydarzenia i pamięci ofiar katastrofy. Próbuje się wyciszyć tę sprawę. Żałoba narodowa ogłoszona po 10 kwietnia zakończyła się jeszcze przed ostatnimi pogrzebami ofiar katastrofy. To bardzo znamienne. To nie umknęło uwadze rodzin. Zostało to odebrane przez nas bardzo boleśnie. Nic nie stało na przeszkodzie, by przedłużyć tę żałobę. W tej bezprecedensowej sytuacji o pewnych rzeczach należało zadecydować inaczej. Również media kreują obraz, że społeczeństwo ma już dosyć, jest zmęczone tym tematem. W tę stronę jest kierowana socjotechnika. To bardzo przykre.
Czy Pana zdaniem kłamstwo wokół katastrofy smoleńskiej będzie kolejnym rowem dzielącym trwale Polaków?
Chciałbym, żeby tak się nie stało. Widać jednak w działaniach pewnych środowisk próby budowy takiego rowu. Jednak liczę na to, że społeczeństwo nie da się podzielić w tej sprawie, że będzie miało tyle rozsądku, że nie da się wprowadzić w nienawistny nastrój. Jego skutkiem była przecież śmierć pana Marka Rosiaka, który został zamordowany w Łodzi przez jakiegoś fanatyka. Oby takich sytuacji więcej w naszym kraju nie było. To przerażające. One niestety są pokłosiem działań polityków, którzy próbują antagonizować społeczeństwo. I są to działania widoczne głównie w retoryce i zachowaniu polityków obozu rządzącego. Oni mówią oficjalnie o miłości, ale jest to miłość dość dziwna...
Rozmawiał Stanisław Żaryn
*Dariusz Fedorowicz: lekarz wojskowy, brat Aleksandra Fedorowicza, zmarłego tragicznie w katastrofie smoleńskiej dyplomaty oraz tłumacza śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

