Wszystkie działania Niemców w kwestii budowy „Widocznego znaku” wskazują na to, iż bardzo im na niej zależy i że nie zamierzają się w tej kwestii liczyć z niczyim zdaniem. Gdyby rzeczywiście zależało im na ukłonie w stronę Polski, to zerwaliby współpracę z panią Steinbach i nie byłoby w ogóle dyskusji nad tym, czy ma ona zasiadać w radzie nowo powstałej fundacji, czy nie. Niewiele by to zmieniło, gdyż na miejscu pani Steinbach pojawiłaby się pani Steinbach 2 albo 3, a na pewno ktoś ze Związku Wypędzonych, niemniej byłby to jakiś gest.

Tymczasem Niemcy są do Eriki Steinbach bardzo przywiązani. A trzeba zdawać sobie sprawę, że to jej zawdzięczamy ochłodzenie stosunków polsko-niemieckich. Mamy do czynienia z dziwaczną sytuacją, w której na czele Związku Wypędzonych stoi osoba, która w ogóle wypędzona nie była, a uciekła z terenów Polski wraz z rodziną, która zamieszkała tam już w czasie wojny. Jeśli ma ona otrzymywać ordery lub czołowe stanowiska w fundacjach, to Niemcy wystawiają sobie świadectwo, z którego nie powinni być dumni.

Kwestia, gdzie inicjatywa „Widocznego znaku” miałaby zostać zrealizowana jest drugorzędna. Centrum w ogóle nie powinno powstać. Jej inicjatorzy prezentują podejście tendencyjne, wypaczające prawdę historyczną. W tym wydaniu kat staje się ofiarą. To jest bardzo niebezpieczne, gdyż europejska wiedza historyczna będzie kształtować się poprzez zwiedzanie tego typu placówek. O naszych krzywdach niewiele się wie na zachodzie i nie sądzę by ta nowa fundacja dążyła do tego, by zmienić ten stan rzeczy.

Dorota Arciszewska-Mielewczyk

not. sks

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »