Dzieli ich chyba wszystko. Driss to emigrant z Senegalu, mieszkaniec paryskich slumsów, nieokrzesaniec, prosty złodziejaszek trzymający sztamę z ciemnymi typkami z miasta, który właśnie wyszedł na wolność po półrocznych „wakacjach” w więzieniu. Phillippe - arystokrata, właściciel potężnej willi, meloman, wrażliwiec, wyrafinowany esteta, człowiek wysokiej kultury. Driss jest czarny, Phillippe – biały, pierwszy to potężny, umięśniony osiłek, drugi – kaleka na wózku inwalidzkim, sparaliżowany od szyi w dół. Ale jest też jedna rzecz, która ich łączy – obaj zostali zepchnięci na margines społeczeństwa – jednego wykluczyło kalectwo, drugiego – bieda, brak ambicji (a może też możliwości), żeby swoje życie zmienić na lepsze.

 

Jakiś magiczny splot losów Drissa i Phillippe'a mógłby się wydawać wyimaginowaną historią powstałą na potrzeby filmowego scenariusza. Jest tak nieprawdopodobny, że w pierwszym odruchu chciałoby się go włożyć między bajki. Gdyby nie fakt, że najlepsze scenariusze jak zwykle pisze życie, a obraz Oliviera Nakache'a i Erica Toledano jest oparty na prawdziwej historii.

 

W 1993 roku 43-letni bogaty arystokrata Philippe Pozzo di Borgio zostaje całkowicie sparaliżowany wskutek wypadku na paralotni. Samodzielnie może jedynie oddychać, mówić i przełykać. Jest przykuty do wózka inwalidzkiego, ale mimo to nie poddaje się i próbuje zaopiekować się swoją umierającą żoną. Śmierć ukochanej całkowicie pozbawia go resztek chęci do życia.

 

Phillippe mógłby powiedzieć sobie dość, przecież przeżył taki dramat, nic mu już nie zostało. Mógłby skorzystać z prawa do decydowania o końcu swojego życia, o które walczą „postępowcy” i poprosić o eutanazję. Wola życia jest jednak silniejsza w tym niepoprawnym romantyku.

 

Sparaliżowanego arystokratę poznajemy w momencie, kiedy urządza on „casting” na swojego osobistego pielęgniarza. Ma on na tyle dużo pieniędzy, że stać go na zapewnienie sobie profesjonalnej opieki medycznej i oddanego personelu domowego. W jego wykwintnym pałacyku pewnego zjawia się Driss, nieokrzesany prostak z paryskich slumsów, który przychodzi jedynie po podpis, który pomoże mu uzyskać zaświadczenie o bezrobociu. Nie ma nawet ambicji, by zawalczyć o pracę u zamożnego arystokraty.

 

Jednak niespodziewanie dla samego siebie zostaje zatrudniony jako pielęgniarz Phillippe'a. Wprawdzie, na miesięczny okres próby, ale te trzydzieści dni całkowicie wywróci do góry nogami życie obu panów. Driss urzeka sparaliżowanego mężczyznę swoją bezpośredniością, tym, że – delikatnie mówiąc – nie obchodzi się z nim jak z jajkiem. Cała służba domowa i personel medyczny, zapewne ze względu na rangę (i majętność) swojego pacjenta, chodzi wokół niego na paluszkach. Phillippe ma dość współczucia i użalających się nad jego kalectwem pielęgniarzy. Dlatego woli zatrudnić gruboskórnego olbrzyma, który kalectwo swojego pracodawcy „testuje” wylewając mu wrzątek na nogi. Coś, co na pierwszy rzut oka budzi oburzenie i sprzeciw, czarnoskóremu pielęgniarzowi całkowicie uchodzi płazem. Tylko Driss, we właściwy sobie sposób jest w stanie zbuntować się wobec konieczności zakładania Phillippowi elastycznych rajstop czy masowania gruczołu prostaty. Tylko jemu można wybaczyć, wydające się okrutnym w takiej sytuacji, powiedzenie dowcipu „Nie ma rączek, nie ma czekoladki”. W ustach rosłego Murzyna nie brzmi to jak szyderstwo, ale jest czymś, co wywołuje szczery, naturalny uśmiech i rozbija na setki kawałków napięcie, jakie roztacza się wokół niepełnosprawnego arystokraty.

 

Driss, prócz nieokiełznanej bezpośredniości, urzeka jeszcze swoją bystrością. Wprawdzie, wychodzi na kompletnego ignoranta i profana, kiedy pyta: „Myślisz, że nie znam Berlioza? W tej dzielnicy znam każdego” albo po raz pierwszy towarzyszy swemu podopiecznemu w operze i naigrawa się z dziwacznie przebranego, śpiewającego po niemiecku artysty. Rozmowy bohaterów to, jak nie trudno przewidzieć – istna beczka śmiechu. „Nietykalni” wręcz obfitują błyskotliwymi dialogami i licznymi gagami – jak na dobrą komedię przystało, bo do takiego gatunku zalicza się przecież obraz Oliviera Nakache'a i Erica Toledano.

 

Ale pod parawanem komedii twórcy „Nietykalnych” przemycili piękne, humanistyczne kino. Francuski hit, który już podbił miliony serc widzów w Europie to typowy „feel-good movie”, po którym widz wychodzi z kina z większym apetytem na życie. Film Nakache'a i Toledano to swoisty pean na cześć życia, drobnych przyjemności i życzliwości, która tak niewiele kosztuje, a może sprawić ludziom wokół nas tyle radości.

 

Driss, który jak tajfun przechodzi przez niemal wszystkie płaszczyzny życia swojego kalekiego podopiecznego, przypomina nie tylko Phillippowi, ale także każdemu zagonionemu w wielkim mieście, jaką radością może być zwykły spacer, albo papieros i lampka wina wypita w dobrym towarzystwie. Nieokrzesany Senegalczyk niespodziewanie przywraca sparaliżowanemu arystokracie chęć do życia, udowadnia, że każdy, więc także niepełnosprawny i unieruchomiony na wózku człowiek, ma prawo do szczęścia. I wystarczy naprawdę niewiele, by to szczęście realizować.

 

Prócz głębokiego, choć brzmiącego banalnie przesłania, że do szczęścia potrzebujemy siebie wzajemnie, „Nietykalni” to doskonała komedia, na której można uśmiać się do łez. Oczywiście, co wrażliwsi widzowie mogą być zniesmaczeni tym, że większość dowcipów kręci się wokół kalectwa Phillippe'a, ale chyba najlepszym argumentem przemawiającym za tego typu gagami są szczerze roześmiane, szczęśliwe oczy sparaliżowanego bohatera. Jeśli on sam potrafi śmiać się z siebie, to tym bardziej my powinniśmy mu w tym wtórować, a nie tworzyć sztucznych barier pomiędzy tym, co wypada, a czego nie i okazywać wymuszonej litości. Ten szczery śmiech jest niczym innym, jak uznaniem kalekiego Phillippe'a za kogoś najzupełniej w świecie „normalnego”.

 

Obraz Nakache'a i Toledano to skromny, francuski film, bez żadnych efektów specjalnych, bez wartkiej akcji, ale urzekający swoją prostotą. Jego dodatkowym atutem są takie drobnostki jak cudna muzyka i kapitalne zdjęcia (na przykład chwytająca za serce scena na paralotni), które składają się na całość arcydzieła. Bo chyba tak trzeba mówić o filmie, który przez 52 proc. Francuzów został uznany za „najważniejsze wydarzenie kulturalne roku”. Film obejrzało już 19 mln widzów w samej Francji i 34 mln na świecie – a w wielu krajach jeszcze nawet nie wszedł do kin, zaś Amerykanie już ostrzą sobie zęby, żeby nakręcić remake.

 

Ta ogromna popularność „Nietykalnych” jakoś specjalnie nie dziwi. W zepsutym świecie przepełnionym przemocą, w którym jeden szary dzień płynie za drugim szarym dniem potrzebujemy chwili zapomnienia i – co ważniejsze – lekcji radości, która przypomni nam, jak z tego życia korzystać, by przy jego końcu móc powiedzieć, że się niczego nie żałuje. Nie mam wątpliwości co do tego, że „Nietykalni” taką lekcją są.

 

Marta Brzezińska