Zacznijmy od spraw oczywistych, gdy umiera człowiek, nawet najgorszy, warto się za niego pomodlić, powierzyć go Bożemu Miłosierdziu. I nie inaczej jest w przypadku Wojciecha Jaruzelskiego, którego też trzeba powierzyć Bogu. Nie wiemy, jak wyglądały ostatnie chwile dyktatora, mógł on się przecież w ostatnim momencie odwołać do Boga i rzutem na taśmę pojednać z Nim. I tego trzeba mu życzyć.

Tyle, że to nie oznacza, że mamy w przestrzeni publicznej umacniać kłamstwa na temat rzekomych zasług Jaruzelskiego, jego bohaterstwa czy przynajmniej kontrowersyjności. On nie był kontrowersyjny, był zwyczajnym komunistycznym sługusem i zdrajcą Polski. I nie ma ani jednego momentu, gdy – przynajmniej w przestrzeni publicznej – dałby choćby sygnał, że jest inaczej. Donosy do Informacji Wojskowej, antysemickie czystki w 1968 roku, strzelanie do robotników na Wybrzeżu, stan wojenny, mordy na księżach – w tym wszystkim Jaruzelski miał swój udział. A okrągły stół został przez niego dopuszczony, bo komunizm – za sprawą autentycznych bohaterów – zaczął się walić, i pozostawiony samemu sobie przez Związek Sowiecki zdecydował się ratować komunistów przed sprawiedliwymi sądami. I to mu się udało. Tyle, że trudno uznać to za zasługę! Udawanie, że jest inaczej jest szkodą dla debaty publicznej, niszczy moralność i zrównuje bohaterstwo i zdradę, patriotyzm i wierność sowieckim zabójcom. To są rzeczy nieporównywalne.

I na koniec warto przypomnieć, że Boże Miłosierdzie (którego oby Wojciech Jaruzelski doświadczył) nie zmienia rzeczywistości obiektywnej. Otóż szczerze życzę - tak Wojciechowi Jaruzelskiemu, tak jak każdemu - zbawienia. Jeśli przyjął Jezusa w Najświętszym Sakramencie, wyspowiadał się, to Bogu niech będą dzięki. Ale to w niczym nie zmienia oceny jego działalności publicznej. A ta jest jednoznacznie negatywna. I taka musi pozostać jeśli Polska ma przetrwać!

Tomasz P. Terlikowski