Marta Brzezińska-Waleszczyk: Obywatelski projekt ustawy zakazującej aborcji eugenicznych przepadł w pierwszym czytaniu. Jesteście zaskoczeni wynikiem głosowania?

Kaja Godek: Liczyliśmy na wygraną. Nie składalibyśmy w ogóle tego projektu, gdybyśmy nie wierzyli, że się uda. Mam poczucie rozczarowania i niedosytu. Praca wielu osób poszła na marne. Nie mam tu na myśli samej siebie, ale przede wszystkim wolontariuszy, którzy przez cała wiosnę biegali, zbierając podpisy. Przykre jest to, w jaki sposób Sejm traktuje projekt obywatelski. Przecież posłowie dostali się do Sejmu głosami obywateli. Przygotowany przez obywateli projekt ci sami posłowie w pierwszym czytaniu, kiedy toczy się wielka dyskusja na temat proponowanych rozwiązań i można by popracować nad wyjaśnieniem pewnych spraw, doprecyzowaniem wyrzucają do kosza. Szkoda.

Jak pani ocenia przebieg samej debaty, która była niezwykle burzliwa? Podczas awantury padło więcej oskarżeń niż merytorycznych argumentów. Wnioskodawcom, w tym pani, zarzucono epatowanie brutalnymi szczegółami, a nikt nie odnosił się do konkretów, nie odpowiadał na pani pytania, jak na przykład minister Arłukowicz.

Minister zdrowia nie tylko nie odpowiedział na nasze pytania, ale także zarzucał mi, że opowiadam o czymś, co nie ma miejsca w rzeczywistości. Bartosz Arłukowicz powiedział z sejmowej mównicy, że skoro wiem o jakichś drastycznych przypadkach, to powinnam o nich zawiadomić prokuraturę. To wszystko, co mówił minister zdrowia świadczy o tym, że my mamy większą wiedzę na temat tego, co się dzieje w kwestii aborcji w szpitalach, niż pan Arłukowicz. To, że w efekcie aborcji mogą się urodzić żywe dzieci, które zostawia się, aby umarły, ma swoją konkretną nazwę. W szpitalach mówi się o tym „procedura odstąpienia od reanimacji”. Szpitale to robią. Szpital Dzieciątka Jezus w liście do nas przyznał, że w placówce funkcjonuje procedura odstąpienia od reanimacji (choć zapewnia, że ma tę procedurę tylko na wszelki wypadek, bo, jak utrzymuje, żywych urodzeń z aborcji nie miał). Jeżeli minister Arłukowicz nie wie, jakie procedury w przypadku aborcji obowiązują w szpitalach, to znaczy, że nie interesuje się tym tematem.

A jak ocenia pani zachowanie i wypowiedzi posłów?

Zarzucono mi, że używałam „strasznych określeń”. Też mi straszne określenie, że mówię o zabijaniu dzieci. A jak mam mówić? Przecież to jest dziecko, które najpierw jest żywe, a później martwe. I co się z nim stało? Samo się usunęło? To jest zabijanie dzieci.

Marszałek Ewa Kopacz zakazała pani używania tego sformułowania z sejmowej mównicy. Także posłowie Ruchu Palikota strasznie oburzyli się, kiedy mówiła pani o zabijaniu i opuścili salę plenarną. Pani z kolei zarzucono używanie „mowy nienawiści”.

Sformułowanie „mowa nienawiści” jest ostatnio szalenie pojemne. Zupełnie tego nie rozumiem! Kiedy mówię o zabijaniu dziecka, jakie dokonuje się w efekcie aborcji, to mówię prawdę, a nie głoszę nienawiść. Ciekawe jest jednak to, że o mowie nienawiści mówią ludzie, którzy podczas mojego przemówienia w Sejmie cały czas mnie wyzywali, formułowali pod moim adresem niewybredne przytyki. Jestem zszokowana, że można tak kogoś potraktować, kogokolwiek. Tym bardziej, że to parlamentarzyści potraktowali tak obywatela, który przyszedł do Sejmu, aby przedstawić projekt obywatelski. To zaskakujące.

Pod pani adresem padło wiele nie tylko niemiłych słów, ale także oskarżeń czy nawet gróźb składania pozwów. Traktuje to pani poważnie?

Od kilku dni czuję się medialnie sterroryzowana. Wchodzę na różne portale internetowe i co parę stron czytam, że ktoś chce mi wytoczyć jakiś proces. Nie wiem za co i dlaczego. Nie powiedziałam przecież nic, co nie byłoby prawdą. Nie wycofuję się ze swoich słów. Ciekawe, w jaki sposób ktoś miałby mi udowodnić, że powiedziałam coś nie tak. Nie wyobrażam sobie tego, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że w Polsce wytacza się procesy z rozmaitych powodów i ludzie, którzy mówią prawdę muszą się z tego tłumaczyć. Różnie to się kończy. Jest to pewna forma terroryzowania procesami sądowymi.

Wanda Nowicka udzieliła wywiadu portalowi Natemat.pl, w którym pani sejmowe wystąpienie nazwała „mową nienawiści”. Zastanawiam się, kiedy pojawią się postulaty karania za „mowę nienawiści”. Przecież podobne pomysły pojawiły się już przy okazji dyskusji nad przyznawaniem kolejnych przywilejów dla homoseksualistów. Każdy, kto miał odmienne poglądy na ten temat (czyt. wykraczające poza poprawność polityczną) z automatu był uznawany za homofoba, który posługuje się „mową nienawiści”. Tu sytuacja wydaje się analogiczna. Skoro padają oskarżenia o mowę nienawiści, to pewnie zaraz pojawią się postulaty kar dla tych, którzy jej używają.

Pewnie tak. Mnie jednak najbardziej frapuje to, że o „mowie nienawiści” mówią ludzie, którzy wcale nie posługują się językiem miłości. Proszę posłuchać, w jaki sposób z sejmowej trybuny wyrażała się marszałek Nowicka. Krzyczała na nas w jakiejś furii, co wcale nie przypominało spokojnej, stonowanej dyskusji. Mam wrażenie, że tam nie było żadnych merytorycznych argumentów. Sformułowanie „mowa nienawiści” to taki bardzo wygodny wytrych, którym można się obrzucać, zamykając jednocześnie usta oponentom. Odbieram to jako brak argumentów merytorycznych ze strony lewicy.

Pojawiły się też zgryźliwe komentarze, że pod względem radykalnych wypowiedzi bije pani na głowę prof. Krystynę Pawłowicz, więc byłaby pani idealną kandydatką na posłankę Prawa i Sprawiedliwości. Przekornie zapytam, czy ma pani jakieś polityczne plany?

Jak mnie jeszcze jakiś dziennikarz o to zapyta, to coś mi się stanie (śmiech). Moje pojawienie się w Sejmie nie jest wynikiem żadnych moich ambicji politycznych. Jest efektem tego, że przyszłam z obywatelskim projektem ustawy. Jak sama nazwa wskazuje, projekt obywatelski referują obywatele. Ja nie mam żadnych politycznych planów! To, że ktoś tak mówi, odbieram jako odwracanie uwagi od problemu, jakim się zajmujemy. Mam wrażenie, że teraz, aby nie wchodzić merytorycznie w dyskusję na temat aborcji, nie mówić o tych wszystkich niewiadomych i nie przypominać naszych pytań, które zadawałam z sejmowej mównicy, zaczyna się zwracać uwagę na Kaję Godek. A to w ogóle nie o to chodzi! To nie jest jakiś mój lans, ale zwracanie uwagi na poważny problem. Dzieci w Polsce nie można zabijać, ale już niepełnosprawne i chore można. Zajmijmy się tym, a nie Kają Godek.

Co dalej z projektem ustawy, chroniącej życie ludzkie od poczęcia? Będziecie próbować po raz kolejny, trzeci już czy na razie wyciszycie emocje społeczne?

Tego problemu na pewno nigdy nie zostawimy. Po pierwsze – dlatego, że sprawa jest ważna, a po drugie – dlatego, że ci wszyscy ludzie, którzy podpisali się pod projektem, licząc na to, że uda nam się zmienić ustawę aborcyjną zaufali nam i oczekują działania. Tego nie można zostawić. Ludzie wciąż na to liczą, ten postulat nadal jest silny. W piątek posłowie oderwali się od społeczeństwa i zagłosowali inaczej, niż to społeczeństwo chciało. Ale to nie znaczy, że mamy sobie odpuścić i wrócić do domów. Demokracja to władza narodu, a skoro naród podnosi taki postulat, to sprawa na pewno będzie wracać. Teraz jest czas na wzmożoną pracę fundacyjną, jaką zresztą wykonujemy od lat. Potrzeba dużych kampanii społecznych. Kwestia zmiany ustawy aborcyjnej na pewno wróci, nie wycofujemy się z tego. Nie wiemy, kiedy posłowie zagłosują za życiem. Mieliśmy nadzieję, że to będzie już teraz, a skoro nie udało się, właściwy moment przyjdzie później. Nie składamy broni.

Rozmawiała Marta Brzezińska-Waleszczyk