- Mam poczucie, że prezydent Lech Kaczyński został zamordowany. Ale nie mam takiej pewności - podkreśla Jarosław Kaczyński. A pytany o to, co przemawia za taką teorią Kaczyński odpowiada: "Generał służb wojsk specjalnych nakazywał sprowadzenie samolotu do 100 metrów, wbrew poglądom wszystkich oficerów będących na lotnisku w Smoleńsku. I to jest fakt. Tu-154 nakazano obniżać wysokość. I mówię to wbrew łajdackim kłamstwom, które propaguje Leszek Miller, mówiąc, że prezydent kazał pilotom lądować. Nie kazał i nie ma najmniejszego dowodu na jakąkolwiek dyspozycje tego typu ze strony głowy państwa".



Kto do owego zamachu miałby doprowadzić tego Jarosław Kaczyński nie wyjaśnia, ale wskazuje, że "jak był zamach, to musiały być osoby trzecie. Brały w nim udział te osoby, które najbardziej na tym skorzystały". I dodaje: "Najpierw musimy stwierdzić, czy to był zamach, a później znajdziemy osoby, które za nim stały". - W Polsce jak i zagranicą były osoby, które mogły skorzystać na śmierci Lecha Kaczyńskiego. I skorzystały - dodał prezes PiS.



Dopytywany o to, czy to nie prezydent wymuszał lądowanie Jarosław Kaczyński spokojnie rozbraja ten "mit smoleński". - Bratu przekazano, że jest mgła na lotnisku i zapytano, gdzie lądować. Ale brat nie był decydentem w sprawie schodzenia i lądowania samolotu. Nie mógł podjąć decyzji, że należy zaniechać lądowania. Gdyby piloci powiedzieli, że nie mogą lądować, albo że lotnisko jest zamknięte, to wtedy musiałby wyznaczyć lotnisko zapasowe. Brat nie podjął decyzji o wyznaczeniu zapasowego lotniska, bo piloci nie zgłosili, że lądowanie jest niemożliwe. W samolocie decyduje pilot, który ląduje lub nie. Pilotom podano z wieży komendę, żeby obniżyli wysokość lotu - czyli zejdźcie z wysokiego pułapu ok. 10 tys. metrów i idźcie w stronę lotniska - co było decyzją kontrolerów lotu, a nie pilotów. Następnie wydano im komendę zejścia do 100 metrów, a trzecią komendą był "pas wolny", czyli lądujcie. Oni zaczęli obniżać wysokość, następnie podjęli decyzję o odejściu. Tyle wiemy na pewno. Wiemy też, że pilotów utrzymywano w fałszywym przekonaniu, że są na "kursie i ścieżce". Co do tego ma prezydent? Nic - podkreśla Jarosław Kaczyński.



Jarosław Kaczyński postawił także mocne zarzuty rządowi. - To, że delegacja prezydencka poleciała 10 kwietnia na lotnisko w Smoleńsku, wynikało ze złej woli rządu. Całkowicie przemyślanej i celowej złej woli rządu. Bardzo radykalnej złej woli. Trzeba by wyjaśnić o czym i z kim rozmawiał minister Tomasz Arabski w Moskwie - podkreśla prezes PiS i dodaje, że "Arabski rozmawiał nieformalnie w restauracjach" (chodzi o moskiewskie restauracje). Gdy dziennikarz pyta, co w tym złego, prezes odpowiada: "Szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów załatwiał na nieformalnym spotkaniu w restauracji moskiewskiej przebieg wizyty premiera i prezydenta RP w Federacji Rosyjskiej i pan pyta, co w tym złego? Chcę wiedzieć, z kim i o czym rozmawiał i jak przebiegało spotkanie. To Arabski odpowiadał za odmowę samolotu mojemu bratu na spotkanie w Brukseli. Zła wola to delikatne określenie działań tej władzy. By rządzić, trzeba mieć nie tylko odpowiednie walory merytoryczne, intelektualne, ale także kulturowe i etyczne. Tych cech w tej ekipie rządzącej próżno szukać".



TPT/Onet.pl