Jutro początek roku szkolnego, czyli dla większości dzieci czas pewnego rodzaju testu. Bo nie oszukujmy się: polska szkołą nie jest przyjazna dzieciom. Warto wymienić tylko: przepełnione klasy, kiepska organizacja zajęć pozaszkolnych, kadra nauczycielska w niektórych placówkach nie spełnia wymagań, stołówki serwujące niezdrową żywność, czy przeplatanie zerówek ze szkołą podstawową.

Ale najbardziej tragiczne jest to, że co roku lekarze orzekają fobię u 5 proc. uczniów. "Fobia szkolna (nazywana skolionofobią lub didaskaleinofobią) należy do zaburzeń lękowych (nerwicowych) związanych z nauką czy innymi sytuacjami społecznymi występującymi w szkole. Lęk ten może być spowodowany np. rozstaniem z matką na czas lekcji, tym, że dziecko nie potrafi sprostać wymaganiom stawianym mu przez rodziców, ma kompleksy, na przykład z powodu niepełnosprawności, które utrudniają mu kontakty z rówieśnikami, jest zastraszane przez innych uczniów".

Istnieje ryzyko, że fobię ma więcej dzieci niż dane lekarskie. Wiele przypadków nie jest zgłaszanych w obawie przed stygmatyzacją. Nadal pokutuje w Polsce opinia, że jak dziecko wysyła się do psychologa dziecięcego (którego bardzo często nie ma w szkole państwowej) to znaczy, że jest ono automatycznie degenerowane do poziomu klas specjalnych. 

Polska szkoła za rządów PO, dwóch panien ministrów, upadła na bruk. By się podnieś potrzeba grubtownej reformy, nie tylko podręcznikowej (co też) ale bardziej mentalnej. W Polsce nauczyciele stanowią patologiczny związek zawodowy, który można jedynie porównać do górników. Są nietyklani, co powoduje, że zły nauczyciel, ale ze stażem ilość-letnim zostaje, a młodych nie dopuszcza się do sterów.

Philo

Za: Rzeczpospolita