Bo do tej pory z prawym skrzydłem PO było tak: za każdym razem, gdy zrobili naprawdę krok do przodu, gdy potrafili wspólnie z prawicową opozycją zbudować większość – zaraz robili krok w tył. Tak było na przykład z odrzuceniem kandydatury pani Nowickiej na wicemarszałka Sejmu czy z rozpoczęciem prac nad ustawą o ochronie prawa do życia niepełnosprawnych. W końcu i tak Tusk stawiał na swoim.
Tymczasem trzeba powiedzieć jasno: czy jesteśmy za rodziną czy nie, czy uważamy etykę życia rodzinnego (trwałość, odpowiedzialność, normy prawne, które do potwierdzają) za zobowiązującą – czy nie. Nie chodzi o to, by obowiązki etyczne automatycznie zamieniać w normy prawne, ale by prawo nie było tworzone tak, jakby ludzie tych powinności nie mieli. Ład społeczny i kultura powinny je podtrzymywać, a nie podważać. Promocja konkubinatów (nie mówiąc o homoseksualizmie) to otwarty atak na prawa rodziny i w ogóle cywilizację chrześcijańską. Trzeba mieć świadomość, że tu nie chodzi o tolerancję – bo tolerancja dotyczy wyjątków (nawet bardzo szerokich) od realnej reguły. A tu chodzi o zakwestionowanie właśnie reguł życia społecznego i nie można wobec tych nacisków ustępować.
Zwolennicy konkubinatów nie zabiegają o tolerancję, bo nie ma takiej potrzeby – w wielu środowiskach ich styl życia jest bardzo modny. Oni chcą by rodzina była uznawana za fakultatywny sposób życia, by nie była traktowana jako naturalna i właściwa formą wspólnego życia ludzi. Nie jest więc istotne jaką nazwę wymyślimy dla konkubinatów: związki partnerskie czy wspólne pożycie. Istotne jest to czy chcemy wspierać prawnie odrzucenie małżeństwa czy nie. Reszta to tylko puste słowa. Oczywiście, przedstawione założenia budzą również poważne wątpliwości. Choćby przyznanie prawa do „odmowy składnia zeznań” z tytułu „pożycia fizycznego” otwiera ogromne pole do nadużyć, które wyobrazić sobie nietrudno. A politycy powinni działać w świecie odpowiedzialności za dobro wspólne, a nie swoich konstrukcji i intencji.
Not. Marta Brzezińska
