Wszyscy chcielibyśmy więcej, ale gra trwa dalej. Lewandowski nie tylko strzelił piękną bramkę, ale zrobił to bardzo inteligentnie. Napastnik, który się trochę cofa, uwalnia od obrońców i czeka w rogu pola karnego, by potem ruszyć, gdy zorientuje się, gdzie na piłkę ma czekać – to absolutne mistrzostwo. Niestety, mecz pokazał w mikroskali charakter naszej kultury piłkarskiej: na adrenalinie, w poczuciu zagrożenia – nasi grali świetnie, gdy zdobyli podwójną przewagę (najpierw prowadzenie, a potem liczebną po czerwonej kartce dla Greków) gra siadała. Niestety, w tym streszcza się nasz charakter narodowy: musimy nauczyć się działać jak faworyt, drużyna, która spokojnie konsumuje przewagę, rządzi, a nie tylko „dramatycznie” walczy. W żadnym wypadku nie można desperować. To jest turniej, a w turnieju właśnie trudności weryfikują wartość drużyny.

 
Przypomnijmy sobie mecz z Cardiff trzydzieści dziewięć lat temu. Tamta przegrana była początkiem drogi po trzecie miejsce na świecie. Albo debiut Beenhakkera w Bydgoszczy i klęskę z Finlandią. Tak zaczęły się eliminacje, w których pokonaliśmy Portugalię i weszliśmy jedyny raz w historii do finałów Mistrzostw Europy. Na turnieju decyduje „nieugięta wola zwycięstwa”. Zweryfikujemy ją we wtorek. Rosjanie są rozpędzeni – to tylko powinno zmobilizować naszych piłkarzy. Tym razem dramatyzm sytuacji będzie grał na naszą rzecz, jak na początku meczu z Grecją. No i mamy młodszą, znacznie bardziej rozwojową drużynę. Arszawin jest weteranem, Lewandowski ma wszystko przed sobą – i (statystycznie biorąc) podobnie wyglądają całe drużyny. Bardzo dobrze, że Przemek Tytoń tak zadebiutował. Pewnie obroniony karny będzie psychologicznie budował go przed meczem z Rosją. I przede wszystkich my, polscy kibice, naszych chłopców musimy „zbudować”. Cały turniej przed nami – gramy ciągle o wszystko.
 

Not. Jarosław Wróblewski