– Od wielu lat śledzę pańską drogę zawodową i wiem, że jest pan świetnie zorientowany w polityce Polski wobec sąsiadów zza wschodniej granicy. Co poradziłby pan prezydentowi-elektowi Andrzejowi Dudzie w kwestii strategii w kontaktach z tymi państwami?

– Nie czuję się w prawie, by doradzać prezydentowi, ale gdybym miał wyrazić swoje życzenia to życzyłbym przede wszystkim tego, żeby miał życzliwą sobie większość parlamentarną, bo w naszych realiach konstytucyjnych prezydent ma co prawda znaczący głos w polityce zagranicznej, ale jednak politykę zagraniczną de facto prowadzi rząd.

Po drugie, by udało mu się odtworzyć consensus w polityce zagranicznej, bo nasza polsko – polska wojna nie tylko nas ośmiesza, ale niestety również osłabia. Każdy kraj w Europie wie, że Polaków można rozgrywać przeciw sobie. Powrót do consensusu wymaga w mojej ocenie swoistej grubej kreski, bo jeśli zacząć dyskusję o tym, kto bardziej zawinił to realnie żadnego kompromisu nie da się wypracować, choć dodam w tym miejscu od siebie, że o ile rzeczywiście PiS zerwał w latach 2005-2007 z pewną metodą uprawiania dyplomacji rozumianą jako sztuką bycia miłym, to jak chodzi o zakres merytoryczny to raczej jednak rządy PO po 2007 r. zerwały z tą linia polityki zagranicznej, której fundamenty powstały za czasów ministra Skubiszewskiego. To minister Sikorski doprowadził do faktycznego zaniechania przez Polskę prowadzenia polityki regionalnej, do najgorszych w całym ćwierćwieczu relacji z Litwą i Białorusią, czy też wreszcie do tego, iż Polska wypadła z grona państw, których głos w sprawie Ukrainy się liczy. To wreszcie po 2007 r. poszliśmy na zbliżenie z Rosją, które nie miało żadnych podstaw, skoro wiedzieliśmy od samego początku jaki są intencje Moskwy. Generalnie prawicy w Polsce można zarzucić to, że zapomina, że bycie lubianym pomaga w załatwianiu spraw w polityce zagranicznej, mainstreamowi z kolei to że uznał, że bycie lubianym to istota dyplomacji. Mam wrażenie, że Andrzej Duda wolny jest od wspomnianej prawicowej przypadłości, a zarazem nie jest politykiem naiwnym. Ma więc szanse na sukces.

Po trzecie życzyłbym nowemu prezydentowi, żeby udało mu się dokonać reinterpretacji tej polityki zagranicznej, której wytycznymi były koncepcje Jerzego Giedroycia. To polegałoby na zrozumieniu, że z jednej strony nie jest tak, jak chcieli niektórzy naiwni politycy, że ze wschodu nic nam już nie zagraża, ergo – nie musimy de facto prowadzić polityki wschodniej, ale, że jeśli ją prowadzimy to jednak w tych realiach, które są, a nie tych, które żeśmy sobie kiedyś założyli. A te realia to tyle, że na wschodzie demokracja wcale nie jest idealnym narzędziem realizacji naszej polityki zagranicznej i że być może błędem było uznanie, iż osią sporu w polskiej polityce jest oś polityka jagiellońska – polityka piastowska. Być może oś sporu przebiega pomiędzy podejściem romantycznym, a pozytywistycznym. Życzyłbym przestawienia naszej polityki na tory romantyzmu celów i pozytywizmu, czy też raczej może pragmatyzmu metod.

Po czwarte życzyłbym, aby prezydent zdołał wykrzesać w Polakach przeświadczenie, że skoro jesteśmy, jakby nie patrzeć, niemałym krajem członkowskim UE to, biorąc oczywiście poprawkę na różnice potencjałów pomiędzy nami a czołowymi mocarstwami UE, możemy prowadzić politykę, której podstawową wytyczną jest interes narodowy RP, a nie dogmat „płynięcia w głównym nurcie”. Chodzi przy tym nie o to, by z zasady nie płynąć w głównym nurcie, ale o to by skutecznie walczyć o to, by ów nurt uwzględniał nasze interesy. Powiedzmy sobie szczerze, że nie zawsze tak jest – ani w wypadku polityki klimatycznej, ani też w wypadku polityki Zachodu w sprawie Ukrainy.

– Udało się Panu zebrać sporo życzeń dla nowo wybranego Prezydenta. Teraz musi mieć możliwość ich spełnienia.

Tak jest w istocie, ale to jeszcze nie koniec moich  przemyśleń w tej kwestii. Po piąte by zdołał skonstruować koalicję państw, które zahamują proces dekompozycji systemu bezpieczeństwa, w którym jesteśmy i zastąpienia go swego rodzaju „koncertem mocarstw”. System, w którym o wszystkim de facto decydują potęgi niechybnie oznaczałby bowiem dla Polski, która mocarstwem nie jest i nie będzie, rolę państwa przedmiotu, a nie podmiotu stosunków międzynarodowych. Zwracam uwagę, że rozmowy w Mińsku, podczas których nie UE, a Niemcy i Francja układają się z Rosją na temat przyszłości Ukrainy to w istocie nic innego jak koncert mocarstw właśnie.

Po szóste, by wspólnie z nowym rządem dokonał sanacji polskiej dyplomacji, tak aby na kluczowe stanowiska ambasadorów nie jechali nowicjusze z 2 letnim doświadczeniem w dyplomacji, a spośród 6 wiceministrów spraw zagranicznych nie było żadnego b. ambasadora, co czyni z nas kuriozum na skalę światową. Taka pozytywna zmiana wymaga do sięgnięcia po kadry związane z różnymi opcjami, ale ufam, że Prezydent – Elekt doskonale to rozumie.

Po siódme, by sprzyjała mu historia, by USA nie wpadły w pułapkę izolacjonizmu, by pod wpływem wojny na Ukrainie wróciły na nasz kontynent, by – optymalnie – rozmieściły na naszym terytorium swoje siły zbrojne, by – to może zabrzmi perwersyjnie – Władimir Putin dalej popełniał błędy i nie tylko nie zdołał złamać Ukrainy, ale nawet uczynił z niej państwo trwale z Rosją skonfliktowane.

Jak chodzi o konkrety – życzyłbym przełamania impasu w relacjach z Litwą, nawiązania dialogu z Białorusią, zwiększenia wpływu Polski na to, co się dzieje na Ukrainie. W relacjach z Rosją dialogu, a nie udawania dialogu, a gdy przyjdzie czas na reset uzyskania ustępstw w zamian za ustępstwa, a nie, jak to było przy naszym poprzednim resecie z Moskwą, „poprawy atmosfery” w zamian za ustępstwa.

– Odpowiedzi na  moje pytanie z iście dyplomatyczną wirtuozerią sprowadził pan do życzeń dla Andrzeja Dudy, a to miało być pytanie kończące naszą rozmowę. No cóż, do życzeń  jeszcze wrócimy. A tymczasem Andrzej Duda otrzymał od Putina telegram z gratulacjami, w którym  m.in. zawarte jest „przekonanie, że budowa konstruktywnych stosunków między Rosją i Polską”…. „sprzyjałaby umacnianiu bezpieczeństwa i stabilności w Europie”. Proszę powiedzieć,  czy to tylko kurtuazja, czy zapowiedź chęci złagodzenia napiętej, w związku z sytuacją na Ukrainie, polityki między naszymi krajami? Jaką postawę, a raczej taktykę Andrzej Duda powinien przyjąć wobec Władimira Putina, który znany jest z tego, że dość często zmienia zdanie na tematy wydarzeń zarówno z przeszłości, jak i toczących się spraw?

– Jedna uwaga – Władimir Putin nie zmienia zdania. Zmienia co najwyżej narzędzia, taktykę, ale nigdy – cele. To zresztą różni generalnie państwa poważne od państw niepoważnych, że państwa poważne bardzo rzadko zmieniają cele. Niestety, nas to lokuje w kategorii państw nie całkiem poważnych. Skądinąd to będzie jedno z podstawowych wyzwań stojących przed prezydentem Andrzej Dudą. Choćby bowiem nie wiem co przedsięwziął nie zdoła, jak chciałoby wielu, „wrócić do polityki Lecha Kaczyńskiego”, bo nikt, ani w Kijowie, ani w Wilnie, nie weźmie na serio projektu politycznego państwa, które pokazało, że może nagle zmienić politykę. Tego deficytu wiarygodności nie odbudujemy latami. Wracając jednak do pani pytania – myślę, że Rosjanie są po prostu profesjonalistami i gratulacje tak dla Andrzeja Dudy, jak i Bronisława Komorowskiego napisali dzień po I turze wyborów. Po drugie – sądzę, że liczą się, że tym razem będą mieli do czynienia z silniejszą prezydenturą niż ta Ś.P. Lech Kaczyńskiego. W Polsce bowiem prawica czegoś się jednak przez 8 lat nauczyła. W ramach UE przykład Victora Orbana, który realizował swoją politykę niezależnie od tego, co myślał o tym Berlin czy Paryż i przy tym pokazał, że można potem ponownie wygrać wybory zmniejszył prawdopodobieństwo ataków na prezydenta ze strony Zachodu. Ciekawsza jednak od reakcji Rosji jest bardzo stonowana reakcja opiniotwórczych mediów niemieckich, które powitały wybór prezydenta w sposób jeśli nie życzliwy to w każdym razie neutralny. Mam wrażenie, że słabość, a teraz do tego jeszcze dekompozycja układu władzy w Warszawie zmusza naszych partnerów do refleksji, czy nie lepiej się z PiS porozumieć, skoro – wszystko na to wskazuje – idzie ono po władzę.

– Nie doszło do nieformalnego spotkania między polskim prezydentem-elektem Andrzejem Dudą, a ukraińskim prezydentem Petrem Poroszenką. Rosyjskie media już spekulują i manipulują faktami na temat tej rozmowy. Uważa pan, że Andrzej Duda, mimo innych obowiązków, powinien był doprowadzić do tego spotkania, czy raczej dobrze, że unika pośpiechu, który jak wiadomo nie sprzyja dobremu przygotowaniu rozmów między przywódcami państw?

– Czego, tak zwyczajnie po ludzku,  życzy pan Andrzejowi Dudzie, prezydentowi RP?

– By za pięć lat, gdy będzie się kończyć pierwsza kadencja prezydentury,  Polska była bezpieczniejsza niż jest dzisiaj, a ciemne chmury, które są może nie nad nami, ale które widać na horyzoncie były odległym wspomnieniem. Kampania wyborcza zaś, w tym jej zakresie, który dotyczy polityki zagranicznej, by dotyczyła tego ile i jak wysoko może Polska zalicytować, a nie tego, czy w ogóle powinna siedzieć przy stoliku, przy którym toczy się gra. Sam zaś Andrzej Duda, by był rozliczany z działań, a nie zaniechań w zakresie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa państwa.

Źródło: extrapolska.pl/witold-jurasz-prezydentowi-elektowi-pod-rozwage