Przedstawamy fragment wywiadu z Rolandem Joffe z najnowszego "Uważam Rze":


Czy nie wydawało się panu ryzykowne realizować film o świętym w naszych zeświecczonych, ateistycznych czasach?



- Każdy reżyser powinien ryzykować. Ale czy rzeczywiście czasy mamy ateistyczne? Myślę, że na naszych oczach coś się zmienia w tej materii. Przedstawiciele dobrej nauki - znowu do niej nawiązuję - fizycy kwantowi uważają dziś, że relacje łączące człowieka ze światem są dużo bardziej złożone, niż nam się wydawało. Do tej pory naukowcy badali świat, jakby był on jedynym i skończonym modelem. Współczesne podejście jest takie, że nie ma tego jednego modelu, który mógłby wszystko wyjaśnić. Bóg to pytanie, a nie odpowiedź. Niedawno okazało się, że wcale nie jest tak, iż nasz mózg osiąga formę dojrzałą, gdy kończymy pięć lat. Ten plastyczny organ w rzeczywistości zmienia się w ciągu naszego życia, na przykład pod wpływem praktyk medytacyjnych lub doświadczeń religijnych. Ateizm, fundamentalizm są pojęciami kliszami. Ja staram się w życiu codziennym poszukiwać elementu boskiego.



Dziś reżyserzy ateiści, np. Bruno Dumont, lub agnostycy jak pan kręcą najciekawsze filmy na tematy duchowe. By zrobić dobry film o Bogu, nie trzeba być katolikiem, prawda?



- Zgadzam się. Najważniejsze jest dobrze postawione pytanie. Trzeba żyć pełnią życia - tej zmaterializowanej czystej energii - i realizować filmy, które dotyczą wszystkich jego aspektów.



Czy przed przystąpieniem do pracy nad filmem wiedział pan dużo o Josemarii Escrivie?



- Nie. Opowiedział mi o nim producent. Potem sam zacząłem zgłębiać jego biografię i temat hiszpańskiej wojny domowej. W Hiszpanii wciąż trwa polemika na jej temat.



Czy film „Gdy budzą się demony" powstał z inicjatywy Opus Dei?



- Rozumiem podtekst tego pytania... Tyle jest mitów na temat tej organizacji, a jest ona w rzeczywistości czysto duchowa. Niektórzy inwestorzy byli członkami Opus Dei, inni nie.



Skąd to demonizowanie Opus Dei?



- Demonizowano także jezuitów i Żydów oraz każdą potężną organizację. Tymczasem Opus Dei jest stosunkowo niewielką grupą istniejącą w ramach Kościoła. Nie ma w niej nawet żadnych kardynałów. I nie jest tak bogata jak Oxfam (Oxford Committee for Famine Relief, założona w 1942 r. w Wielkiej Brytanii międzynarodowa organizacja humanitarna walcząca z głodem na świecie i pomagająca krajom rozwijającym się - przyp. aut.). W Opus Dei nie ma sił kierowniczych, nikt formalnie nie stoi na jej czele. Należą do niej ludzie związani zarówno z lewicą, jak i prawicą, bo w myśl stanowiska Josemarii Escrivy każdy ma wolność wyboru i każdy ma prawo pozostać przy tym, co wybrał.



Film o świętym to bardzo trudny temat. Jak udało się panu uczynić ze swojego bohatera człowieka z krwi i kości?



- Dobrze się przygotowałem, bo nie znoszę banałów i truizmów tak w życiu, jak na ekranie. A dziś stereotyp księdza to pederasta sypiający z własną matką. Tymczasem święci to nie jacyś szaleńcy. Najlepszą metodą na zdystansowanie się od głównej postaci było pokazanie kontekstu historycznego, w którym żył i pracował, w tym przypadku hiszpańskiej wojny domowej. Fikcyjna postać Manola była zaś potrzebnym kontrapunktem.



Czy dla pana Escriva to bohater?



- Był niezwykłym człowiekiem. Ale ja mam problem z tym, by kogoś traktować jak bohatera, bożyszcze...



Ludzie dziś potrzebują postaci takich jak Escriva jako wzorców?



Escriva może być autorytetem dla młodych. Dla tych, którzy szukają wartości duchowych. Choć on sam za żaden autorytet nigdy się nie uważał.

 

Rozmawiała Anna Kilian

 


Całość: www.opusdei.pl

 

JW/Uwżam Rze/OpusDei.pl