Platforma Obywatelska jest jak dobrze naoliwiony mechanizm, rozpędza się wolno, ale jak się rozpędzi, to pokazuje siłę – mówił mi w tych dniach jeden z ważniejszych polityków PO. Miało to oznaczać, że widoczna gołym okiem słabość kampanii Bronisława Komorowskiego to stan przejściowy, wstęp niejako do zwycięskiej promocji kandydata na prezydenta.
Nie jest wykluczone, że cos w tym jest i PO zaprezentuje wreszcie nowy sposób komunikacji, lub znajdzie skuteczny sposób, by odsunąć od jej kandydata realne zagrożenie porażką. W kampanii parlamentarnej w 2007 roku dopiero w ciągu ostatnich dwóch tygodni PO umiała wyraźnie zdystansować PiS, teraz zatem - niech będzie - możemy założyć, że to dopiero rozgrzewka, a wysilone próby obudzenia emocji antypis, która tak dobrze służyła PO jeszcze do niedawna, zastąpi jakiś nowy pomysł. Słabość jednak samego kandydata Platformy może zdeterminować tę kampanię tak, że nawet najlepsze strategie niewiele zmienią. Bronisław Komorowski jest w tym wyścigu w trudnej sytuacji między innymi dlatego, że jego kandydatura niesie ze sobą sprzeczne komunikaty i ta niejednoznaczność raczej zniechęca, niż zaciekawia.
Oto o fotel prezydenta ubiega się polityk drugiego planu, ktoś, kto nigdy nie był liderem i nigdy nie pociągnął za sobą tłumów. Czy w opozycji, czy w działalności politycznej po 89 roku zawsze był niewątpliwie sympatycznym, ale nie mającym decydującego zdania uczestnikiem różnych gremiów, zawsze był w bliskim tle, nigdy jednak w gronie tych dwóch trzech osób, które nadają rytm.
I teraz oto wyborcy maja uwierzyć, że ów polityk spoza faktycznego przywództwa Platformy może stać się najlepszym liderem państwa. Na dodatek dla wszystkich oczywiste jest, że obdarzony prawdziwą charyzmą i faktyczny przywódca obozu, który wystawia do walki Komorowskiego - Donald Tusk - nigdy nie krył, że nie ma zamiaru rezygnować z władzy, jaką zdobył do kierowania zarówno partią jak i krajem. Premier dotąd nie angażował się w kampanię, co tym bardziej potęgowało wrażenie, jakie wcześniej lider PO zbudował swoimi wyjaśnieniami czemu sam nie kandyduje – walka o pałac prezydencki nie ma większego znaczenia, liczy się to, kto będzie premierem. W tej sytuacji braku zainteresowania faktycznego lidera, wykreowanie Komorowskiego na potencjalnego silnego przywódcę państwa jest zadaniem karkołomnym.
Bez względu na wysiłki sztabu, który zabiega o włączenie się premiera Tuska do kampanii Komorowskiego, kandydat PO nie przestanie być postrzegany jako polityk drugiego wyboru, takim na którego decydować się można z braku lepszym propozycji. Oczywisty kandydat, popularny i faktyczny lider z nie do końca jasnych powodów nie kandyduje. Co gorsza Komorowski nawet nie ucieleśnia tego wszystkiego, do czego wyborcy PO byli przyzwyczajeni. Wąsy, pewna niezgrabność bycia, czytanie przemówień (bynajmniej nie porywających) z kartki, ciężkawe dowcipy rzucane na spotkaniach wyborczych, („mowa musi być krótka, a kiełbasa długa”) liczna rodzina i podkreślanie patriotycznych tradycji (zapewne wyszło z badań, że wyborcy takie wartości jak patriotyzm utożsamiają z Jarosławem Kaczyńskim, a nie z politykiem PO stąd wysiłki, by mówić o tym jak najczęściej i możliwie obszernie) – to wszystko jest zaprzeczeniem wizerunku Platformy jako partii nowoczesnej, kumpelskiej, fajnej i „europejskiej”.
Komorowski – gdyby nie inne rysy jego wizerunku - mógłby być wymarzonym kandydatem ugrupowań prawicowych świetnie wypełniającym przy tym wizerunek zaściankowości i przaśności przypisywany prawicy. Wielkomiejski elektorat Platformy nie ma zatem wielkiego serca do polityka, który samym wyglądem i sposobem bycia kojarzy się z prawicą. Ale tu dochodzimy do kolejnej sprzeczności - Komorowski to polityk sprawiający silnie wrażenie konserwatysty, w istocie jest politykiem centrolewicowym. To Komorowski był od lat zwolennikiem współpracy z SLD, nie przeszkadzają mu hasła liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, jest przeciwny ograniczeniom zakładanym przez projekty ustaw dotyczących metody in vitro i, last but not least, aktywnie wspierał postkomunistyczne WSI. Z tego względu często postrzegany przez publicystów jako polityk lewego skrzydła Platformy, choć faktycznie nigdy liderem tego skrzydła chyba nie był (przed katastrofą w Smoleńsku urastał do tego raczej Janusz Palikot).
W przypadku Komorowskiego nie działają też tak łatwo zabiegi marketingu politycznego jakie z powodzeniem stosuje Donald Tusk – w sytuacjach, w których lider PO udowodniłby swoją plastyczność i empatię, Bronisław Komorowski zalicza niezgrabne wpadki. Takie jak ta humorystyczna, gdy wspominał w Moskwie marsz polskiego wojska sprzed 400 laty, gdy zajmowało to miasto, lub zupełnie już nie zabawne, gdy podpisawszy ustawę o IPN oświadczył, że gdyby nieżyjący prezydent naprawdę nie chciał jej pospisywać, to odesłałby ją do Trybunału Konstytucyjnego. Dopiero informacja o tym, że ustawa dotarła do Pałacu Prezydenckiego 9 kwietnia po południu, a nazajutrz rano Lech Kaczyński już nie żył pokazuje cynizm i brutalność tego stwierdzenia.
O cynizmie Komorowskiego mówi otwartym tekstem polityk SLD Marek Wikiński. W niedawnym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” powiedział, że nigdy nie zagłosuje na Komorowskiego po tym, jak „na własne oczy” widział „jego drugą twarz, którą pokazał na posiedzeniu Prezydium Sejmu i Konwentu Seniorów 10 kwietnia – w dniu tragedii smoleńskiej. Była to twarz człowieka cynicznego i bezwzględnego. Po tym co wtedy usłyszałem i zobaczyłem nie chcę by został prezydentem”. Wikiński nie mówi o co chodzi, dziennikarze jak dotąd o to nie pytają – niemniej ta druga twarz Komorowskiego, tak jak przy podpisaniu ustawy o IPN, czasem się pokazuje i siłą rzeczy wprowadza kolejną niespójność w krojonym na potrzeby kampanii wizerunku kandydata.
Platforma jest w niewesołej sytuacji – jak dotąd wciąż nie działa propaganda antypisowska, wyczyny Kuby Wojewódzkiego czy prof. Bartoszewskiego przyjmowane są raczej z niesmakiem niż entuzjazmem. Kampania negatywna jaką dotąd zwykle wybierała PO tym razem może więc nie przynieść wielkich rezultatów, choć wiele zależy od tego czy PiS i Jarosław Kaczyński dadzą się sprowokować. Wydaje się też, że sposób prowadzenia kampanii polegającej przede wszystkim na zachwalaniu swego kandydata, nie jest przez PO preferowany – być może materia jest zbyt skromna, a i entuzjazmu we własnych szeregach zdaje się brak. Bronisław Komorowski ma wszelkie szanse przegrać te wybory i wynika to nie tylko ze zmiany nastroju społecznego wynikającej z szoku po katastrofie w Smoleńsku ale i ze słabości i pęknięć w obrazie samego kandydata.
Joanna Lichocka
publicystka i dziennikarka TVP
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

