Myślę, że rząd nie bardzo zdaje sobie sprawę z tego, co zdecydował się podpisać. Problem polega na tym, że ludzie, którzy montowali Unię Europejską, nieustannie działają jednym sposobem – wszystkie ustawy robią niejasne, niezrozumiałe, bo w mętnej wodzie łatwiej łowi się ryby. Na przykład przez całe lata najpierw wmawiano nam, że jesteśmy w Unii Europejskiej, choć formalnie jeszcze w niej nie byliśmy, bo ona nie staniała, natomiast od 1 grudnia 2009, kiedy już rzeczywiście jesteśmy w UE, to wmawia nam się, że jeszcze w niej NIE jesteśmy, że ciągle jesteśmy suwerennym państwem. Niby suwerennym, ale nie do końca, etc.

 

Ta technika niejasnych ustaw, przepisów jest stosowana nieustannie. To samo dotyczy ACTA. Te przepisy są niejasne, można je różnie interpretować – to po pierwsze. Po drugie – media krzyczą, że Orban tłumi wolność, a tak naprawdę – tutaj będzie można tłumić wolność w internecie. To jest bardzo niebezpieczne, więc trzeba się od początku przyjrzeć przepisom zawartym w tym dokumencie, bo jak to ograniczanie wolności się zacznie, to trudno będzie je potem zatrzymać.

 

Ważna jest także kwestia pretekstu, pod jakim to zrobiono, czyli ochrona własności intelektualnej. Ochrona tej własności jest w tym przypadku posunięta do przesady. Niektórzy twierdzą wręcz, że jak nie było konwencji o prawach autorskich, to autorzy mieli lepiej chronione swoje interesy, więcej zarabiali. 

 

Jestem zdecydowanym zwolennikiem tego, żeby przywrócić to, co było jeszcze pięćdziesiąt lat temu, czyli prawa patentowego, które mówiło, że ochrona trwa siedem lat i potem jeszcze przez cztery można, za dodatkową opłatą, przedłużać ją do lat jedenastu. Natomiast dziś, ochrona patentu jest przedłużona do 25 lat, a własności intelektualnej – aż do 70 lat po śmierci autora. To kompletny absurd. Dlatego trzeba powrócić do tamtego systemu. Czy podpisanie ACTA groziłoby cenzurą w sieci? Niewątpliwie, a co więcej byłaby to cenzura wprowadzana chyłkiem.

 

Not. eMBe