Cały tekst jest zresztą napisany w podobnym duchu. Lis rozkoszuje się „mową miłości” i zaczyna od empatii wobec „buczących”. „Gdyby ktoś z nas też od lat był faszerowany prawie wyłącznie nienawistnym bełkotem Kaczyńskiego i Macierewicza? Gdyby ktoś z nas dzień w dzień przez lata łykał porcje nienawiści do wszystkiego co nie PIS-owskie, serwowane przez Ziemkiewicza, Zarembę, Karnowskich, Sakiewicza i innych, obdzielających lud swymi skądinąd uzasadnionymi kompleksami i frustracjami?” - oznajmia z gracją właściwą dziennikarzowi tysiąclecia.


„Gdyby na dodatek wieczorami po porcji modlitwy z rozgłośni ojca - biznesmena, gdy modlitewne skupienie otwiera serce, duszę i pory, wsłuchują się w głos nienawiści w swoim domu i spokojnie przechodzi już przez te pory codzienna dawka nonsensu i demagogii? Gdyby jeszcze ktoś z nas nie miał odtrutki w postaci normalnych krewnych i życzliwych znajomych? No i co, co by się z kimś takim stało? Może też by 1 sierpnia buczał na Powązkach, może też maszerowałby w marszach w kolejne miesięcznice, może też biegałby z namiotem po Krakowskim Przedmieściu, może też klaskałby na widok Pana Antka? Kto wie?” - uzupełnia.

 

A dalej jest już typowo. Dowiadujemy się, że wszystkiemu winny jest PiS, że to on prowokuje mowę nienawiści, że on rodzi nienawiść, i sprawia, że ludzie zamiast czcić powstańców „puszczają bąki”. Słowem pełna kultura, której „prawicowa hołota” może się od Lisa uczyć!

 

TPT/naTemat.pl