To będzie (na razie) mój ostatni komentarz w sprawie wyroku Sądu. Dopóki nie poznam uzasadnienia pisemnego nie będę się więcej na ten temat wypowiadał. Ale mam wrażenie, że kilka rzeczy, na spokojnie, trzeba jeszcze wyjaśnić, tak żeby nie było wątpliwości, co do mojego stanowiska.
1. Nie wątpię, że transseksualizm jest poważnym zaburzeniem i że osobom transseksualnym – przed i po zabiegach – należy się szacunek, pomoc i współczucie. Dyskusyjne jest dla mnie tylko to, czy rzeczywiście operacje chirurgiczne i prawne zmiany dokumentów są realną pomocą.
2. Nie mam problemu ze zwracaniem się – prywatnie – do osób tak jak sobie one tego życzą. I to nawet jeśli fundamentalnie nie zgadzam się z ich własną autodefinicją czy też uważam, że jest ona ewidentnie fałszywa. Czym innym jest jednak prywatne spotkanie, a czym innym rewolucja lingwistyczna, jaką próbuje się wywołać metodami prawnymi i medialną propagandą.
3. Przyznaję, że część z moich wypowiedzi w debacie nad transseksualnością mogło być za ostrych i rzeczywiście dotykać osoby zainteresowane, ze szczególnym uwzględnieniem osoby, z którą proces przegrałem. I za to jestem gotów przeprosić, zastrzegając, że opinie te wypowiadane były na gorąco. Nie było w każdym razie moim celem dotknięcie godności takich osób.
4. Wszystko, co napisałem nie oznacza jednak, że wycofuję się ze swoich słów. W tej debacie bowiem wcale nie chodzi o godność czy cierpienia konkretnych osób, a o to, by metodami prawnymi, medialną manipulacją przeprowadzić głęboką rewolucję lingwistyczną, która zaciemni jasną i fundującą rozumienie małżeństwa i rodziny różnicę między kobietą a mężczyzną. I dlatego to, co nie stanowi problemu w przestrzeni prywatnej, jest już problemem w dziedzinie publicznej. Tu trzeba jasno i wyraźnie nazywać rzeczy po imieniu, tak żeby w debacie publicznej męskość i kobiecość były jasno zdefiniowane, i żeby w imię poprawności politycznej nie kwestionowano fundamentów ludzkich natury.
5. Nie mam też wątpliwości, że lewicy wcale nie chodzi o dobro osób transseksualnych czy transpłciowych. Gdyby tak było to nie byłoby dla niej problemem realne dyskutowanie o tym, czy okaleczanie zdrowych fizycznie ludzi jest najlepszą metodą ich leczenia i czy przypadkiem lepszych skutków niż upodabnianie nie odegrałaby psychoterapia (a znam i bardzo szanuję osoby transseksualne, które nie decydują się na procedury zmiany płci, ale walczą ze swoim problemem na inne sposoby). Takiej dyskusji jednak nie ma, a każdemu kto głosi poglądy odmienne zamyka się usta, powołując się na to, że rani on osoby, które terapii zmiany płci się poddały. Owszem w debacie tej padają mocne słowa i opisy, ale tylko dlatego, że bez nich nie da się pokazać, jak drastyczne skutki na zdrowia ma cała procedura, o jakiej mowa.
6. Odstąpienie od języka faktów i biologii nie wchodzi w grę bowiem oznaczałoby to w istocie przegraną w tej debacie. Lewica ma świadomość, że jasny określony i skojarzony z rzeczywistością język oznacza klęskę jej bełkotliwych poglądów i dlatego próbuje prawnie zakazać mówienia prawdy adekwatnym językiem.
7. Wolność debaty oznacza, że takie samo prawo do wypowiedzi mają obie strony. Obecny wyrok sądu faworyzuje jedną ze stron debaty i w istocie przyznaje jej automatyczne zwycięstwo. Tak, jeśli mamy zachować w Polsce wolność słowa i debaty, być nie może. I właśnie dlatego nie będę się poddawał.
8. Ale jednocześnie bardzo proszę tych, którzy są po tej samej stronie, byśmy – co mnie też się zdarza – próbowali nie przekraczać pewnych granic. Miłość do osób transseksualnych, szanowanie ich godności jest naszym obowiązkiem. Z faktu, że część z nich stoi po drugiej stronie frontu wojny cywilizacji, a część jest do tej walki wykorzystywana nie wynika, że nie należy się im szacunek, a także chrześcijańska miłość. Nie jest to łatwe, i sam mam świadomość, że w czasie walki często zdarza mi się o tym zapominać. Jeśli jednak mamy pozostać chrześcijanami musimy o tym pamiętać, a przynajmniej próbować nie zapominać.
Tomasz P. Terlikowski
