Komisja miała dać diagnozę pewnych zjawisk, które są poza prawem. Nie da się ich zbadać sądową procedurą. Komisja ma tę miękką sferę opisać. A tu nawet nie widać takiego usiłowania. Jakby Czuma przeszedł na pozycję literalnego prawa” – tak Wiesław Władyka komentował w programie Tomasza Lisa wnioski Andrzeja Czumy dotyczące trzech lat pracy komisji ds. nacisków w czasach rządów PiS. Z rozumowania tego wynika, że, fakty są zupełnie nieważne, tak samo jak dowody zbrodni, liczy się tylko to, że nasze oświecone autorytety chcą widzieć strasznego Kaczora i jego pomagierów za kratami. Koniec, kropka! W końcu do znudzenia powtarza się nam, że PiS jest opozycją antysystemową, porównuje się tę partię do KPP i faszystów, ostrzega, że recydywa IV RP doprowadzi Polskę do ruiny. W takiej sytuacji rozumie się samo przez się, że trzeba się tej „watahy” pozbyć wszelkimi metodami, wykluczyć ją z przestrzeni publicznej, by raz na zawsze zamilkła, skoro nie potrafi docenić osiągnięć budowniczych III RP.



Julia Pitera nie sprawdziła się w roli szeryfa, który posprzątałby po pisowskich aferach (swoją drogą, czy ktoś może mnie poinformować, czym się Pani Mściciel obecnie zajmuje? ). Za to mamy Ryśka Kalisza, na którego zawsze można liczyć. On to wyniucha zbrodnie pisowskie na kilometr. Nikt inny, jak tylko ten zacny przedstawiciel lewicy kawiorowo-jaguarowej, pokazał wszem i wobec, jak się niszczy faszyzm w kraju. Bierzcie z niego przykład nieuki!



„Jarosław Kaczyński jako premier realizował stworzoną przez siebie koncepcję wykluczenia dużych grup obywateli i stworzył system eliminowania konkretnych przedstawicieli tych grup przy zastosowaniu przepisów prawa karnego. Jedną z tych osób była Barbara Blida” – tłumaczył Kalisz potrzebę postawienia przed Trybunałem Stanu Kaczyńskiego i Ziobry. I tak właśnie należy postępować z kaczyzmem. Jest sprawa do wykrycia, znajdzie się paragraf, a jak i jego zabraknie, to się przedstawi władykową „diagnozę pewnych zjawisk”. Media nagłośnią, autorytety pochwalą, a opinia społeczna... o to już zadba, któraś z zaprzyjaźnionych sondażowni. A usłużni specjaliści od odczytywania nastrojów społecznych wyjaśnią w „Tusk Vision Network”, co i jak należy rozumieć.



Furda demokracja!



Kneblujmy wolność słowa, skoro motłoch nie umie z niej należycie korzystać i jeszcze się rzuca, zawieszamy pluralizm myśli i poglądów, jeśli nie wystarcza przestrzeń dialogu od Jacka Żakowskiego do Dominiki Wielowiejskiej. A gdy ktoś odważy się nam podskoczyć, to wezwiemy do ostrego się z nim rozprawienia - gdy chodzi o sprawy ważne dla stabilności establishmentu III RP, „by było tak, jak ma być”, nasi medialni ulubieńcy nie cofną się przed niczym. Bo i czego mają się bać?



„Jeśli PO nie będzie reagować na poczynania Kaczyńskiego, to jesienią obudzimy się w IV RP. I znowu o świcie brygady w kominiarkach będą wyciągały z domów ludzi posądzanych o przestępstwa” – przewidywała kilka miesięcy temu Halina Flis-Kuczyńska (Rz 20-04-2011 „Opuszczeni o zmroku”). Ostrzeżenie to nie było jednak meritum jej tekstu. Na pierwszy plan wybiło się w nim wezwanie skierowane do władz, by te zdecydowanie przeciwdziałały antyrządowym protestom, cytowaniu Herberta, czy sprzeciwowi wobec zamiatania katastrofy smoleńskiej pod dywan. Ten tekst to tylko jeden z wielu przykładów na to, że ludzie mediów zapewniają dzierżących władzę, że poprą rozwiązania, które doprowadzą do wyrugowania nieposłusznych głosów z przestrzeni publicznej. Dzisiejsze, często siłowe rozliczanie się z niezależnymi dziennikarzami, krytycznymi mediami, kibicami i organizacjami pozarządowymi, walczącymi o prawdę w życiu publicznym – nie spotyka się z głosami oburzenia salonowych ekspertów od wolności słowa i przekonań. Wprost przeciwnie, jak tylko mogą tłumaczą społeczeństwu, że tak trzeba, bo „jak PiS dojdzie do władzy!”.



O tym, w jaki sposób rząd zwalcza opozycję i niezależne media, wprowadza cenzurę i obchodzi się z myślącymi inaczej i tak większość społeczeństwa nie ma szans się dowiedzieć. Skoro nie podadzą tego media, to informacja nie istnieje. Lada chwila odbierze się głos „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze”, jeszcze bardziej niż dotychczas przyciśnie się „Gazetę Polską”, a i o. Tadeusz Rydzyk dostanie za swoje. Kolejny portal bądź strona internetowa poczują, co to znaczy krytykować miłościwie nam panujących. Kto sprzeciwi się postępującej putinizacji Polski, skoro dużej części społeczeństwa wystarczy tylko to, by Kaczor nie doszedł do władzy. Póki system się nie zawali, to „młodzi, wykształceni, z dużych miast” nie będą sobie zaprzątać zbytnio głowy ostrzeżeniami. W ostatnim czasie dostali taką liczbę symbolicznych znaków świadczących o słabości państwa, że skoro one ich nie ruszyły, to, oprócz zapaści gospodarczej, przez długi czas nie zmienią swoich zapatrywań. Dlaczego? Dlatego, że przyzwyczaili się do tego, że w Polsce nikt za nic nie odpowiada, a już na pewno nie Bogu ducha winny premier. Koleje, autostrady, stadiony, bezrobocie, drożyzna, emerytury, armia, Smoleńsk – a co, to też wina Platforma, tak?! Ach te pisownie knowania, nie z nami te numery Kaczor!



Odnosząc się do wypowiedzi Czumy Jacek Żakowski, sumienie polskiego dziennikarstwa, uznał w programie Lisa, że w PO znajdują się także przedstawiciele „demokracji autorytarnej typu Rokity”. Wszystko jasne, kaczyzm jest wszechobecny, nawet tam, gdzie się go najbardziej nie spodziewamy. Jaki mógłby być inny powód, że nieszczęsny Czuma nie postąpił zgodnie z życzeniem Stefana Niesiołowskiego i nie zrobił wszystkiego, by postawić Zbigniewa Ziobrę i Jarosława Kaczyńskiego przed Trybunałem Stanu, niż jego ukryte umiłowanie kaczyzmu? Nareszcie zdjął maskę i odkrył swoją szkaradną facjatę! Na szczęście inni światli przedstawiciele komisji ds. badania kaczystowskich zbrodni pokazali klasę, więc jest nadzieją, że cała Polska, oprócz udowodnionego już przez Piterę nielegalnego zakupu dorsza, dowie się o innych zbrodniczych knowaniach pisowskich siepaczy.



Po informacji o śmierci Andrzeja Leppera wystarczyło tylko obstawić tego, który pierwszy stwierdził, że odpowiada za nią nie kto inny, jak tylko polski władca Mordoru. A, że to Kaczor stoi za tą sprawą, było pewniejsze niż to, że jego brat odpowiedzialny jest za „wypadek smoleński”. Żakowski nie dał się w tej konkurencji wyprzedzić i jako pierwszy sformułował tę błyskotliwą myśl. Zrobił to na tyle umiejętnie, że swoim wywodem dał do zrozumienia, że także „Gazeta Wyborcza” stała się tubą propagandową prezesa PiS! To w końcu ona odkryła seks aferę w Samoobronie i najwytrwalej ją badała. Pomyśleć, że człowiek tyle czasu musiał czekać, by dowiedzieć się, że był to celowy zabieg strasznego Kaczora, pułapka zastawiona na swojego koalicjanta, by pozbyć się go z rządu i ukraść mu elektorat. Dziękujemy Panie Jacku! Ale swoją drogą, żeby kaczyści zdobyli także i nieskalany do tej pory oszołomstwem bastion na Czerskiej, tego nikt, nawet Tomasz Wołek by nie wymyślił.



Zgrana karta znów przyniesie zwycięstwo?



Wróćmy jednak do wniosku Czumy, po którym cały salon zamarł z mocno zaciśniętymi pięściami i pianą wściekłości na pyskach. Nasza oświecona elita liczyła bowiem, że przed wyborami uda się, po mocnym uderzeniu Ryszarda Kalisza, raz na zawsze przygwoździć znienawidzonych pisiorów. A tu taki pasztet. Donald Tusk, który robił po wypowiedzi swojego byłego ministra sprawiedliwości dobrą minę do złej gry, rekomendując wszystkim posłom, by „starali się dochodzić do prawdy tak jak potrafią”, w zaciszu swojego gabinetu mógł dać upust swoim nerwom. Robił to widocznie na tyle głośno, że wiadomość o wściekłości premiera dotarła do mediów. W końcu cała koncepcja kampanii wyborczej Platformy Obywatelskiej miała się znów osadzać na jednym haśle wiodącym „Tusku musisz, bo jak nie to przyjdą oszołomy”. Teraz kandydaci na posłów dostali instrukcję z góry: nie przechwalać się, nie atakować za mocno pisiorów, argumentować, że jesteśmy na budowie i jak to na niej bywa, coś się opóźnia, ktoś nawala, ale i tak jest dobrze, bo się buduje. W domyśle, jak przyjdzie PiS to nawet tego nie będzie.



W gruncie rzeczy jednak Donald Tusk nie może zmienić swojego hurraoptymistycznego imagu, ogłosić, że polityka miłości, czyli „wyrżnąć watahę”, jest już nieaktualna. W innej formie, ale znów będziemy słyszeć, że nie ma z kim przegrać. Będą więc uściski i poklepywania po plecach od światowej elity – czyli darmowa reklama za pieniądze podatników w trakcie trwania prezydencji w Unii Europejskiej. Wyrazy uznania składane geniuszowi naszego przywódcy, któremu udało się uniknąć wojny z Rosją po katastrofie pod Smoleńskiem, do której niechybnie by doszło, gdyby rusofoby z PiS dzierżyły władzę. Znów królować będzie hasło, że platformerskim ekspertom udało się uratować Polskę przed kryzysem, że jesteśmy zieloną wyspą, że wszyscy nam zazdroszczą, a naszego ministra finansów Jacka Rostowskiego zapraszają na salony, by tam mógł pouczać Europę, jak sobie radzić z gospodarką. I najważniejsze, jest dobrze, ba, jest wspaniale, jesteśmy najlepszym rządem III RP, a Polacy z malkontentów stali się optymistami i nareszcie zaczęli cieszyć się życiem, wszyscy grillują i korzystają z ciepłej wody w kranie. A dlaczego? A dlatego, że miłościwie nam panujące Słoneczko Peru, „geniusz dotknięty przez Pana Boga”, zabezpieczyło nas przed recydywą pisowskiego totalitaryzmu. W końcu każdy z nas pamięta tę atmosferę, tych zmartwionych celebrytów, wystraszone autorytety moralne i przygnębioną śmietankę towarzyską, którzy musieli się za Polskę wstydzić przed całym światem. Faszyzm nie przejdzie!



Pomimo przewidywań wielu publicystów, że metoda „wszyscy na Kaczora” już się przejadła, jestem skłonny uwierzyć, że wielu Polaków niczego więcej od polityki nie wymaga. Nie czują też żadnej potrzeby z rozliczenia rządzących z czasu, gdy ci sprawowali władzę. Ludzie mogą gnieździć się w przedziałach kolejowych, wpadać w kolejne dziury w drodze i narzekać na wyższe ceny, podatki, urzędników itd. ale nie będę swoich żalów wiązać z „fajnym, wyluzowanym premierem w skórzanej kurtce”. Najwyżej wina spadnie na złych bojarów. A car? A co on sam może bidulek…



To dopiero będą klawe rządy



Chociaż Platformie podsycanie nienawiści do PiS-u nie zapewniłoby sprawowania samodzielnych rządów, to widać jak na dłoni, że w końcu spełnią się marzenie mędrców z „Wyborczej”, „Polityki” i „Tygodnika Powszechnego”, o dopisaniu kolejnego, pięknego rozdziału do „Historii o Rycerzach Okrągłego Stołu”. I tak PO i SLD na jesieni 2011 roku, pokonają dzielące ich różnice i dla dobra ojczyzny połączą siły, by uchronić kraj przed ucieleśnieniem Kompletnego Zła. Oczami wyobraźni widzę Waldemara Kuczyńskiego, który dziękować będzie niebiosom, za mądrość obu liderów nowej koalicji. A ile ciepłych, wzruszających słów napisze Katarzyna Kolenda-Zalewska, Monika Olejnik czy Tomasz Lis. Ojcowie chrzestni tak ustanowionego przymierza, Aleksander Kwaśniewski i Lech Wałęsa, ponownie się wyściskają, a swoje błogosławieństwo nowemu rządowi udzieli gen. Jaruzelski, może już nie osobiście, ale np. za pomocą zawsze chętnego gościć Pana Generała „Wprostu”.



Nowa koalicja spotka się też z zapewnieniami największych europejskich stolic, że będą one wspierać rozwój polskiej demokracji, m.in. poprzez ignorowanie „postępów” w pluralizacji mediów i szerzeniu wolności słowa. Nikt nie będzie wsłuchiwał się w kolejne apele Zbigniewa Ziobry na posiedzeniach Parlamentu Europejskiego, gdy ten ponownie będzie krytykować rządy Tuska za zwalczanie opozycji. W końcu rację miał Ryszard Siwiec, który wygarnął mu prawdę w oczy, mówiąc: "czy pamięta pan rząd, w którym był pan ministrem sprawiedliwości, gdy uzbrojone bandy atakowały ludzi. W Polsce o szóstej rano zamykano ludzi do więzienia, a jedna z pań, którą chcieliście zamknąć, popełniła samobójstwo.” Któż będzie brał na serio słowa Jarosława Kaczyńskiego, że w jego kraju dochodzi do niszczenia debaty publicznej, cenzurowania inaczej myślących i lekceważenia interesu narodowego, skoro polscy ulubieńcy europejskich salonów, już dawno dorobili mu gębę faszysty, homofoba, nacjonalisty i antysemity?



Wyrazy uznania znów popłyną z Berlina, Paryża i Moskwy. A europejscy przywódcy gratulować będą Polakom dobrego wyboru i europejskości. Rodacy będą w końcu mogli poczuć, że wszyscy ich lubią, szanują i nie muszą już się wstydzić tego, że urodzili się w kraju nad Wisłą. Bruksela pochwali nas za wspaniałe przywództwo nad UE, a UEFA za doskonale przygotowane Euro. Cóż z tego, że będzie to nic nieznaczące owijanie w bawełnę i lanie wody. W końcu niczym nie będzie się ono różnić od dotychczasowych zapewnień, jakim to jesteśmy twardym, acz fajnym partnerem dla światowych mocarstw, jaki udany dialog prowadzimy z Rosją, jakimi to jesteśmy liderami Europy Środkowo-Wschodniej. Długo by wymieniać. Ale to czarowanie, jak na razie przynosi pożądane efekty. Wielu Polaków jest tym ukontentowanych i nie zauważa, że silne państwa lekceważą pomruki innych stolic, gdy walczą o swoje interesy. W Polsce zaś wszyscy się cieszą, gdy za granicą nas chwalą, a konsekwencje braku walki o własne interesy nikogo na razie nie obchodzą.



W rzeczywistości europejskie stolice nie oczekują od nas jakichkolwiek inicjatyw. Liczy się dla nich tylko to, byśmy przestrzegali porady Jacques Chiraca, tak żeby już nikt nigdy nie powiedział, że „Polska straciła szansę, żeby zachować milczenie”. Jeśli dopasujemy się w końcu do przeznaczonej nam roli, to wszystko będzie się kręcić - zapewniają rodaków Donald Tusk i Radek Sikorski. A autorytety, pokroju prof. Anny Gizy-Poleszczuk przekonuje w „Gazecie Wyborczej”, że nie mamy się czym martwić:



„Gdy rozmawiam z ludźmi z Zachodu, to nikt z nich nie spodziewa się wypasionych autostrad. Nie po to tu jadą. Zresztą z autostrad niewiele widać. (...) Jak im powiemy, że nie skończyliśmy autostrady, ale mamy ładne stadiony, a wkoło posiłki ze zdrowej żywności, tanie, dobre piwo z lokalnego browaru, festyn - to wystarczy”.



Wystarczy? A więc: jest super, jest super…


Aleksander Kłos