Kampania wyborcza to złoty czas dla tropicieli afer. Kiedy, jeśli nie w okresie zdominowanym przez tandetne wiece partyjne, na których politycy sypią obietnicami bez pokrycia i wybielają swoje przybrudzone życiorysy, można lepiej pokazać ich hipokryzję? Bezlitosne odsłonięcie przekrętu, czyli dziennikarstwo śledcze, nadaje się do tego zadania idealnie. Gorzej, jeśli biorą się za nie ludzie o wątpliwych kwalifikacjach.
Rewelacje "Wyborczej"
Za takich trzeba uznać redaktorów "Gazety Wyborczej", którzy niedawno zrobili czołówkę z tekstu o rzekomym przekręcie przy finansowaniu kampanii PiS do europarlamentu (GW z 25 maja). Rzekomym, bo pomysł, aby każdy europoseł partii Kaczyńskiego wpłacał część swoich miesięcznych dochodów na rzecz fundacji zajmującej się obsługą biur deputowanych nigdy nie został zrealizowany. Ot, pojawił się i zniknął, i to przed poprzednimi wyborami do PE, czyli 5 lat temu. Nie przeszkadza to "Wyborczej" w kreowaniu wrażenia, jakoby sprawa była aktualna i epatowaniu porównaniami do weksli Samoobrony i gangsterskich haraczy. Odpowiedź na kluczowe pytanie: "kiedy?" jest tak wpleciona w tekst, aby zorientowali się jedynie bardziej uważni czytelnicy. A że ci należą do niewielkiej mniejszości, wrażenie, że "PiS-iarze to przekręciarze" może pączkować. Co potwierdza choćby lektura komentarzy internautów.
I choć nieustraszonych śledczych z Czerskiej obśmiali komentatorzy z innych gazet, niezrażona "Wyborcza" wydrukowała nazajutrz tekst będący kontynuacją jej "odkrycia". Misja ponad wszystko!
Radio Zet demaskuje...
Aferę znacznie bardziej szokującą, bo dotyczącą nie prywatnych, lecz publicznych pieniędzy, ujawniło natomiast Radio Zet. Oto szef kancelarii prezydenta, Piotr Kownacki, miał narazić na wielomilionowe straty Bank Ochrony Środowiska, gdy był jego wiceprezesem. Proceder polegał ponoć na skupowaniu długów szpitali po znacznie wyższej cenie niż rynkowa.
"Nieudane inwestycje ministra Kownackiego", "Afera w BOŚ z ministrem Piotrem Kownackim w tle?", "Czy BOŚ stracił przez Kownackiego 120 mln?" – to tylko niektóre z nagłówków, które mogliśmy potem przeczytać w prasie. Mniejsza o to, że jedynym konkretem z publikacji "Zetki" mogącym ewentualnie obciążać prezydenckiego urzędnika jest fakt, że zdecydował (wespół z całym ówczesnym zarządem banku) o handlu wierzytelnościami. Mniejsza o to, że sam handel długami to normalna, zyskowna (choć bardzo ryzykowna) i powszechnie stosowana przez banki praktyka. Mniejsza o to, że rzekome nieprawidłowości w BOŚ miały mieć miejsce w latach 2001-2003, a Kownacki odszedł z tej instytucji w połowie 2001 (można mieć więc wątpliwości, czy sprawa w ogóle go dotyczy). Mniejsza o to, że głośna konferencja obecnego kierownictwa BOŚ to kuriozum w świetle bankowych zwyczajów, w których nie mieści się podważanie zaufania klientów do swojej firmy. "Coś jest na rzeczy" – myśli przeciętny odbiorca, słysząc o tak dziwnych praktykach, jak kupowanie długów. A kiedy dowiaduje się, ile zarabiał Kownacki w Orlenie i innych instytucjach, o czym nie wahają się informować go bohaterscy dziennikarze śledczy, to już nawet gdyby chciał, nie będzie umiał żałować faceta, który "tyle się nachapał".
"Afera" i interesy rządzących
Tajemnicą poliszynela jest, że kłopoty Kownackiego – najjaśniejszej gwiazdy Belwederu, to woda na młyn dla Platformy. Zwłaszcza w sytuacji słabnących notowań i tuż po prezydenckim orędziu, w którym Lech Kaczyński wytknął rządowi nieudolność w walce z kryzysem. I fakt, że w całej "aferze" nic się kupy nie trzyma nie przeszkadza premierowi Tuskowi marszczyć brwi i stanowczo żądać wyjaśnień. A minister Ewie Kopacz (zaufanej szefa PO) sugerować prezydentowi ponownego przemyślenia stosunku do ustaw zdrowotnych jej partii, skoro jego doradca mógł mieć osobisty interes w tym, żeby szpitale się zadłużały. BOŚ nie pozostaje w tyle i informuje, że rozważa cofnięcie Kownackiemu absolutorium. Zbierze się w tej sprawie już w czerwcu – oczywiście po wyborach. Pełne troski pochylenie się nad sprawą zapowiedziała już ABW kierowana przez innego nominata PO, Krzysztofa Bondaryka.
Trochę dziwi to, że bohaterscy tropiciele afer z Radia Zet nie skojarzyli dziwnego zachowania BOŚ-u z faktem, że na bank największy wpływ mają obecnie ludzie Platformy. Nie skojarzyli też, że dyrektorem jest tam Krzysztof Kluzek, zaufany Mariusza Łapińskiego (minister zdrowia za rządów SLD), kojarzony z tzw. grupą hakową. O wyjątkowo mrocznej postaci Bondaryka nie wspominając. Cóż, misja! Misja ponad wszystko!
Wymowne milczenie autorytetów
Trudno się oprzeć wrażeniu dejavu. Przypominają się wybory roku 2007 i słynna prowokacja CBA wobec posłanki Beaty Sawickiej. Tyle tylko, że wówczas media i autorytety zgodnym chórem uznały, że to niedopuszczalne używanie służb do kampanii wyborczej i zgodnie potępiły PiS. To, że afera była ewidentna, a wina Sawickiej była oczywista, nie miało już znaczenia. Nikt się specjalnie w mediach nie przejął zamiarem uwłaszczenia się pewnej grupy na prywatyzacji szpitali. Pewnie dlatego kształt ustaw zdrowotnych proponowanych przez PO jest taki, a nie inny.
Dzisiaj nie słychać jednak wołania o "zagrożeniu dyktaturą" ani "zamachu na demokrację". Choć schemat taki sam. Z jedną istotną różnicą: afery są wyraźnie dęte i dotyczą spraw sprzed wielu lat. Jednak autorytety wymownie milczą. Hipokryzja? Podwójne standardy? Tendencyjność? Skądże. Misja ponad wszystko!
W realizowaniu misji popierania jednej partii i ośmieszania jej konkurencji media głównego nurtu zdają się nie znać miary. Nawet jeśli oznacza to przekroczenie granicy śmieszności i nierzetelności dziennikarskiej. Elementarną powinnością mediów w demokracji jest "patrzenie na ręce" w pierwszej kolejności władzy. U nas ściga się niemal wyłącznie opozycję.
Bartłomiej Radziejewski
Ważne lektury:
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »




