Nie jestem kociarzem. Nie jestem bowiem zwolennikiem tzw. wolnych związków. Niemniej zdaję sobie sprawę z tego, że koty są na swój sposób fascynujące. Dla niektórych na tyle, by sobie jednego (albo i więcej) sprawić i udawać, że się jest jego właścicielem.
Niektórych zainteresowanie kotami doprowadza nawet do tego, by o nich pisać. Tego typu indywidua doprowadziły do tego, że wydawnictwo „SuperNOWA” już drugi raz zebrało mniej lub bardziej fantastyczne opowiadania w antologię. Wcześniej mieliśmy „Trzynaście kotów” - tym razem zostaliśmy obdarzeni drapnięciem „Jedenastu pazurów”, opatrzonych wstępem Andrzeja Sapkowskiego.
Książkę rozpoczyna opowiadanie Jagi Rydzewskiej („Kot Szrekingera”) o zwierzęciu, które posiada nadnaturalne moce i wykorzystuje je wspólnie z główną bohaterką, małą dziewczynką, mieszkającą z matką i babcią. Dziecko to ma nieszczęście mieć ojca, który opuścił rodzinę „dla tej suki” i babcię, która nie jest, delikatnie mówiąc, zachwycona porzuconymi przez synusia współlokatorkami. W przypadku streszczania opowiadań zagrożenie spoilerowaniem jest o wiele większe, niż w przypadku powieści, tak więc na tym etapie ukazywania fabuły, zamilknę. Dodam jedynie, że opowiedziana z perspektywy kilkuletniej dziewczynki-wiedźmy historia stanowi jeden ze zdecydowanie lepszych utworów w zbiorze, zaś słynny eksperyment myślowy fizyka Erwina Schrödingera odgrywa istotną w nim rolę.
Redaktorzy „Jedenastu pazurów” postanowili zaserwować już na samym początku zbioru najlepsze zawarte w nim smaczki. Po „Kocie Szrekingera” następuje „Koszmar w Providence”, autorstwa czołowego polskiego autora horrorów, Łukasza Orbitowskiego. Każdy miłośnik twórczości H. P. Lovecrafta bardzo szybko zauważy, czyjego stylu pastiszem jest to opowiadanie. Luźno oparta na anegdocie historia pisarza, który „w nocy o północy” znajduje kociaka i bawi się z nim przez całą noc, ewidentnie rozgrywa się w pełnym grozy i szaleństwa cieniu Cthulhu...
Z kolei humoreska „Nietak” Mirosławy Sędzikowskiej, której główny bohater – mieszkający w Londynie Polak-alergik – jest ścigany przez ducha złożonego w ofierze persa, może być także postrzegana jako przestroga przed próbą korzystania z usług sił nieczystych. Zapewne sława opowiadania nie będzie konkurowała z rezonansem, jaki przyniesie irański atak jądrowy, a jego wznowienie nie zagrozi sprzedaży Koranu w Europie, niemniej z pewnością na długo zapadnie w pamięć czytelnika.
W dalszej części książki Piotr Patykiewicz („Kociarka”) bierze się za bary z przesądem na temat czarnego kota, który w jego opowiadaniu odgrywa przerażającą, ale jednocześnie w jakiejś mierze także pozytywną rolę. Bohaterowie utworu Marcina Wełnickiego („Nocą czarną jak kot”) okazują się być ratującymi ludzi przed mrocznymi siłami wysoce kulturalnymi zwierzętami. „Szczyt piramidy” Artura Baniewicza to coraz rzadszy w rodzimej literaturze fantastycznej eksperyment myślowy. Autor zastanawia się, jak wyglądałby świat, gdyby dinozaury dożyły naszych czasów i konkurowały z naszym gatunkiem o dominację na globie? W każdym razie niezbyt optymistycznie dla homo sapiens. I choć nie lubię opowiadań, w których mamy do czynienia z podróżami w czasie, to jednak wizja uratowania naszej rasy przez inteligentne (znów ta ukryta inteligencja!) koty, przypadła mi do gustu.
Dobrych opowiadań w omawianym zbiorze jest bardzo dużo, jednak można by go spokojnie o kilka pazurów skrócić. „Dobranocka” Pawła Ciećwierza jest niepotrzebnym wtrętem, krótkim, więc nie odnosi się wrażenia, że na wydrukowaniu go ucierpiała duża ilość drzew. Gorzej jest z dwoma ostatnimi opowiadaniami. „Aquila, Aquila” Marcina Przybyłka to przynudnawy manifest miłośnika figurkowej gry Warhammer 40 000. Opowiadanie o członku Tygrysiej Straży miało potencjał na szybką i brutalną historię z gatunku hard-sf, tymczasem stał się koszmarnie powolną wyliczanką zalet broni, należącej do głównego bohatera. Z kolei „Podłe życie, podła śmierć” Pawła Kempczyńskiego jest dowodem na to, że ludzie o bardzo konkretnych poglądach na sytuację społeczno-polityczną w Polsce powinni swoim literackim maszynopisom przyjrzeć się z co najmniej trzy razy większą uwagą, niż autorzy, którzy nie mają aspiracji do zmieniania świata. Opowieść o zgorzkniałym „prawicowym pisarzu”, patrzącym z obrzydzeniem na otaczającą go rzeczywistość i odnoszącym się z pogardą do lewicowego mainstreamu, czyta się z ogromnym trudem.
Nie potrzeba genialnego matematyka, by stwierdzić, że osiem ostrych i skutecznych szponów, to więcej, niż trzy spiłowane paznokietki. „Jedenaście pazurów” jest więc zbiorem, któremu warto poświęcić parę wolnych chwil, jakimi między karmieniem i podrapaniem za uszkiem łaskawie obdarzy czytelnika mruczący pieszczoch.
Stefan Sękowski
Praca zbiorowa, Jedenaście pazurów, SuperNOWA, Warszawa 2010.
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

