Jasna deklaracja stanowiska wobec aborcji padła w wywiadzie dla tygodnika „w Sieci”. - Na pewno trzeba zatrzymać proceder uśmiercania dzieci, które mają różne wady rozwojowe. To jest coś nieludzkiego i z tą eugeniką trzeba w Polsce skończyć. Dalej posunąć się w moim przekonaniu nie można. Niektóre wypowiedzi wzywające do wyłączenia także tych wypadków, gdy chodzi o uratowanie życia kobiety lub ciąże z gwałtu, sprawiają w mojej opinii wrażenie nakręcającej drugą stronę. Także wielu księży, z którymi rozmawiam, podziela opinię, że efektem penalizacji tych wyjątków może być za kilka lat aborcja na życzenie. Są zresztą pewne granice działania państwa. Państwo nie może nakazać umrzeć kobiecie, która chce ratować swoje życie. Po prostu nie ma takiego prawa. Nie ma też prawa nakazać urodzić zgwałconej nastolatce – powiedział prezes PiS.
I choć trzeba docenić krok w dobrym kierunku, jakim jest zapowiedź zakazu aborcji eugenicznej, to nie można nie dostrzec, że w innych kwestiach prezes Kaczyński się myli. I nie chodzi o ocenę potencjalnych skutków politycznych zakazu aborcji (bo o tym akurat można dyskutować), ale o ocenę politycznych możliwości państwa i ewentualnego zniesienia obu wyjątków. Otóż po pierwsze, i to pan prezes, jako prawnik wie, zagrożenie życia kobiety usprawiedliwia prawnie, aborcję. W takiej sytuacji włącza się rzymska zasada, że prawo nie wymaga heroizmu, i sąd odstępuje od karania. Nie trzeba więc zachowywać wyjątku, który – dodajmy obejmuje nie tylko życie, ale i zdrowie – by chronić prawo kobiet do decydowania w tak dramatycznych okolicznościach. Zachowania zaś wyjątku oznacza w istocie, że będzie on poszerzany, bo… kategoria zdrowia jest na tyle nieostra, że na jej podstawie można zabijać wiele dzieci. Tak było w Hiszpanii, gdzie sądy uznały, że jeśli matka grozi, że może mieć depresję, to na tej podstawie aborcja ma być możliwa.
Jeszcze groźniejsza jest jednak druga część argumentacji. Ta dotycząca „zgwałconej nastolatki”. Otóż po pierwsze w Polsce aborcja jest dopuszczalna, nie tylko w przypadku gwałtu, ale każdego przestępstwa (a takim jest na przykład seks nieletniego z nieletnią, na podstawie której skazano na śmierć, dziecko „Agaty”). I już choćby to wymaga uściślenia.
Istotniejsze jest jednak, co innego. Otóż pytanie o aborcję w przypadku gwałtu, jest w istocie pytaniem o to, czy państwo zgadza się na to, by w imię prawa i za państwowe pieniądze zabijać osoby absolutnie niewinne. Dziecko w łonie zgwałconej matki jest niewinne, i nie ma żadnych powodów, by skazywać je na śmierć. Gwałt jest zbrodnią mężczyzny, i to on powinien ponosić karę. Nie jest on natomiast zbrodnią dziecka, by skazywać je na śmierć. Ono, jak każda inna istota ludzka, ma prawo do życia. Państwo ma więc nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek jego życie chronić. Opinia, że w takiej sytuacji nie można zmusić nastolatki do urodzenia, w istocie oznacza, przyznanie państwu prawa do zabijania niewinnych. A tego nic nie może usprawiedliwić. Pytanie, które musi być zadane nie brzmi zatem, czy państwo może zmusić kobietę do urodzenia dziecka z gwałtu? Ono brzmi: czy państwo może uznać, że niewinny człowiek może być skazany na okrutną śmierć za przestępstwa kogoś innego? Wydaje się, że europejska tradycja prawna rozstrzyga to dość jednoznacznie. Nie zgadzamy się, by dziecko siedziało w więzieniu za swojego ojca, by żona była skazana na karę dożywocia, bo jej mąż zrobił coś złego. I nie ma powodów, by godzić się na to, by za zbrodnię ojca (a taką niewątpliwie jest gwałt) odpowiadało niewinne dziecko, które zostanie skazane na śmierć. Warto też uświadomić sobie, że… aborcja jest ponownym gwałtem na owej dziewczynce. Ona w niczym jej nie pomaga, a jedynie szkodzi. I nie widać powodów, by państwo – w imię pseudomiłosierdzia – na taki ponowny gwałt się godziło.
Jeśli PiS tego nie widzi, to rzeczywiście mam odmienne podejście do tego, czym jest prawo i jakie są obowiązki państwa.
Tomasz P. Terlikowski
