Chcę uwierzyć, że to nie był zamach.

Próbuję to sobie jakoś poukładać.

Czyli tak – najpierw ogłuchli piloci. Równocześnie piloci i nawigator. Aparatura darła się wniebogłosy – pull up! - a oni nie reagowali.

W tej samej chwili kontrolerzy na wieży zbiorowo, wszyscy naraz, oślepli. Żaden z nich nie zauważył na radarze, że samolot zboczył z trasy i z tej ślepoty upewniali załogę, że jest na kursie i na ścieżce.

Zwariowały też w tej katastrofie prawa fizyki. Skrzydło pędzącego samolotu, które zazwyczaj podczas katastrofy ścina grube drzewa jak zapałki, nawet hektarami, jak w Lesie Kabackim – tu równocześnie ścięło brzozę, ale i samo zostało ścięte. Tak się nadzwyczajnie zrównoważyły siły fizyczne, działające na brzozę i na skrzydło.

Co ciekawe – choć skrzydło cięło brzozę w poprzek, to rozłupało ją z góry na dół, pod wpływem sił zgniatania, co stwierdzili biegli prokuratury. Skrzydło cięło brzozę, a z badania wychodzi, że ją gniotło.

Zawiodły też wszelkie prawa fizyki w chwili zetknięcia się samolotu z bagnistą smoleńską ziemią. Samolot rozbił się na tysiące szczątków, jakby był z porcelany, a nie z duraluminium.

A potem, już po katastrofie, zwariowały detektory i piszczały, że był trotyl, choć według prokuratury go nie było.

Wszystko to prawdą wydawać się może, lecz ja to raczej między bajki włożę...

Janusz Wojciechowski