FRAGMENT NIESAMOWITEJ KSIĄŻKI KS. jJAROSŁAWA SZYMCZAKA I AGNIESZKI RYBAK PT. "Raz się żyje. Przewodnik po work-life balance"

Zbyt często życie ludzkie rozpoczyna się i kończy 

pozbawione radości i pozbawione nadziei.

Św. Jan Paweł II 

Pracoholikiem nikt się nie rodzi. Nikt też nie wybiera sobie takiego pomysłu na życie - by doprowadzić siebie i swoich bliskich do wyniszczenia przez pracę. Jak każdy nałóg, pracoholizm należy do zachowań kompulsywnych, czyli przymusowych, które są próbą zaspokojenia najgłębszych potrzeb. 

Nie jesteśmy w stanie wskazać wszystkich źródeł pracoholizmu, ale chcielibyśmy pokazać dwa rysy domów rodzinnych, które najprawdopodobniej ukształtują pracoholików.

Wizytówka rodziny 

Pod jednym dachem wychowywały się dwie siostry. Jedna, prawdopodobnie starsza, a może i najstarsza w domu, od najmłodszych lat musiała spełniać liczne wymagania: być przykładem dla reszty rodzeństwa, realizować marzenie rodziców, by mieć doskonałą córkę, zaś później, gdy przyszło na świat rodzeństwo - miała  za zadanie pomagać jeszcze więcej w domu i w opiece nad młodszymi. Ponieważ była pierwsza, choć zdarza się to często także i kolejnym dzieciom w swoich domach, jako pierwsza też konfrotnowała rodziców z ich idealistycznymi planami na to, jakie powinno być dziecko, dziewczynka, wizytówka rodziny. Nigdy jej nie chwalono (w obawie, by jej nie zepsuć), natomiast pokazywano chętnie, co jeszcze trzeba by zrobić, co jeszcze można poprawić. Twarz dziewczynki była na ogół napięta i smutna - jak lusterko, które odbijało napięcie i smutek na twarzach rodziców, gdy ją obserwowali. Nikt się z nią nie bawił, nikt nie tracił z nią czasu na wspólne wygłupy, bo najpierw nie umiał, a potem był zbyt zajęty. U pierwszych recenezentów swojego istnienia dziewczynka nie zauważyła radości na swój widok, nie usłyszała, że jest ślczna (“bo wyrośnie na próżną”), mądra (“bo jej się w głowie przewróci”) lub wystarczająco dobra (“bo przestanie pracować nad swoimi wadami”). Jeśli mówiono o niej niezwykle rzadko pozytywnie na zewnątrz, to przylepiając jej pozytywne etykiety (podobnie groźne, jak te negatywne - o czym była mowa w Rozdziale 1): “jest taka pracowita”, “zawsze można na nią liczyć”, “prawdziwy z niej pomocnik”. Dziewczynka szybko nauczyła się, że jedyną drogą do choćby śladu akceptacji jest praca i wykonywanie zadań jak najdoskonalej, jak tylko to możliwe. Ponieważ jedyna wersja, w jakiej była do przyjęcia, polegała na byciu doskonałą. Została zaprogramowana na zmierzanie ku kompletnie nieosiągalnej mecie. W rodzicielskim posagu otrzymała niezwykle trudny prezent: pracoholizm.

Jej młodsza siostra, prawdopodobnie najmłodsza w rodzinie, przyszła na świat, gdy rodzice doświadczyli już wychowawczych porażek, gdy już nie mieli tyle czasu, z uwagi na ilość potomstwa, by tak skrupulatnie ją kontrolować. Może jako maleńkie dziecko przeszła jakąś ciężką chorobę, z powodu której ledwo udało się ocalić jej życie. Każdego dnia, gdy ojciec i matka patrzyli na nią, myśleli: “Boże, dziękujemy Ci za naszą najdroższą córeczkę”. Córka łatwo w oczach rodziców czytała te uczucie wdzięczności za jej obecność, zawsze chętnie przygarniana w ramiona. Może była bardziej chroniona, by nic złego już jej się nie stało, przez co rodzice nie oceniali jej w pierwszym odruchu przez pryzmat niespełnionych jeszcze wymagań. Wystarczyło, że biega, bawi się, uśmiecha i słodyczą większą niż pozostałe dzieci odpłaca za kredyt bezwarunkowej miłości. Nauczyła się, że samo jej istnienie jest powodem do uśmiechu, że nie musi zarabiać na prawo do życia, na swoje miejsce w rodzinie; że otrzymuje za darmo to, co z definicji należy się każdemu dziecku, które przychodzi na świat.

Tak mogła, choć nie musiała, wyglądać historia dwóch sióstr Łazarza - Marty i Marii. Dobrze znamy je z sytuacji, gdy do domu przyszedł Gość. Reakcją na gościa ze strony Marty są ogromne nakłady pracy, żeby jakoś wypaść, ze strony Marii - spędzanie razem czasu, bo nareszcie jest.

Pracoholizm jest tak wielkim dramatem w życiu ludzi i ich rodzin właśnie dlatego, że zaburza relacje z ludźmi. 

Marta wierzy, że dając z siebie wszystko w skrupulatnym wypłenianiu kolejnych zadań, w końcu uzyska niewidzialną nagrodę: szacunek, uznanie i akceptację. Być może jest tak przerażona brakiem barykady w postaci pięknego posiłku i posłania na nocleg Jezusa, że nie ma się czym zasłonić przed pełnym rozczarowania, jak jej się zapewnie wydaje, Jego spojrzeniem. Wydaje się jej, że chce dać wyraz tradycyjnej gościnności i ucieszyć Przybysza, ale nagroda, na którą usiłuje rozpaczliwie zasłużyć, należy już dawno do świata przeszłego: to miłość rodziców. To nagroda, ktorej nie było i nie będzie, ale wewnętrzny kompas nie przestał jej poszukiwać. Więcej, stał się wewnętrznym terrorystą, ktory nie pozwala na chwilę odpoczynku i utrzymuje ją w napięciu wiecznej aktywności. 

W pretensji Marty: “Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła” (Łk 10, 40) pobrzmiewa zazdrość, która jest bliską krewną braku poczucia bycia kochanym, albo kochanym mniej, za mało. Jest to podobna tęsknota, jaką wyraża nie wiedząc o tym wcale starszy brat syna marnotrwanego: “mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, bym się zabawił z przyjaciółmi” (Łk 15, 29). Starszy syn całe życie pracował, nigdy nie zawiódł. Teraz używa argumentu: nigdy nie miałem czasu na zabawę, na zrobienie czegoś, co nie jest obowiązkiem, co nie jest zasługiwaniem na twoją miłość. I Marta, i starszy brat, wypowiadają tęsknotę za tym, co ich rodzeństwo otrzymuje za darmo: bycie w relacji, bycie kochanym. Oboje nie widzą, że to samo przygotowane jest dla nich, w zasięgu ręki. Ojciec mówi do swojego syna: “wszystko moje do ciebie należy” (Łk 15, 31). Mój czas, moja uwaga, moje najserdeczniejsze uczucia, towarzystwo. Marta, która chciałaby tak jak Maria móc w końcu usiąść koło Jezusa i ucieszyć się Jego obecnością, sama ustawia niewidzialne przeszkody, które to uniemożliwiają, przez ktore ciągle jest na ten moment niegotowa.   

Marta projektuje rozczarowanie swoją osobą, jakiego doświadczała ze strony rodziców, na Jezusa, który przecież BYŁ PRZYJACIELEM DOMU. Co oznacza, że bardzo dobrze się w nim czuł. Ewangelia stwierdza po prostu: “A Jezus miłował Martę i jej siostrę, i Łazarza” (J 11, 5). Pewnie chętnie jadał przyrządzane przez Martę posiłki, ale nie przychodził tam z ich powodu. Bądźmy szczerzy, nawet w najbardziej wystawnym domu, w którym jednak w sferze emocjonalnej podaje się gościom i sobie nawzajem “ocet”, nikt nie chce być. To wszystko, na co Marta starała się zasłużyć: przyjaźń, uznanie, szacunek, sympatię - miała kompletnie za darmo, w co nie potrafiła uwierzyć, ani czego nie potrafiła przyjąć. Nie nauczono jej nigdy, że można być kochanym za darmo.  Ze ponieważ ów drogi i wyczekiwany Gość ją “miłuje”, ona już nic nie musi robić, żeby go zatrzymać. A cokolwiek dla niego zrobi, to jej wolny dar.

Rekonstrukcja dzieciństwa Marty i Marii jest całkowicie hipotetyczna. Gdyby jednak podjąć się wyprawy w poszukiwaniu źródeł choroby, jaką jest pracoholizm, wylądowalibyśmy często blisko podobnych historii. Pracoholizm to zaprogramowanie na nieustanną pogoń za marchewką, ale mylimy się myśląc, że chodzi o nagrody, premie i awanse. Pracoholizm jest tak trudny do wyleczenia, ponieważ jest zawoalowanym pod zasłoną różnych racjonalizacji i przymusów zewnętrznych poszukiwaniem realizacji największej potrzeby człowieka: bycia kochanym. Odkrycie tego, czy też przyznanie się przed sobą, wymaga dotracia do emocji tak trudnych i całkowicie wypartych, że na ogół żaden pracoholik nie znajdzie na to ani czasu, ani ochoty, ani nawet nie uwierzy, ze tego potrzebuje. Być może dopiero w obliczu wypalenia, o którym piszemy w z Rozdziale 5, a więc gdy stanie w obliczu niemożności kontynuowania pracy, bądź w okolicznościach potężnego kryzysu w rodzinie (jak odejście żony do innego mężczyzny, choroba czy śmierć dziecka).

KSIĄŻKĘ MOŻESZ NABYĆ TUTAJ! WARTO!!!