Fronda.pl: 6 lipca łódzka „Gazeta Wyborcza” opisała sprawę tablicy z napisem „Putin, oddaj nam wrak samolotu”, która znalazła się w jednej ze szkół. Jaki jest Pani związek z umieszczeniem tej tablicy w liceum?
Wanda Janakiewicz: Razem z koleżanką - Agnieszką Egierską - jesteśmy głównymi „sprawczyniami” całego zajścia. Pojechałyśmy razem do Warszawy w rocznicę katastrofy smoleńskiej. Nasz wyjazd nie miał na celu żadnej manifestacji, chciałyśmy zobaczyć z bliska, jak będą wyglądały obchody. Byłyśmy na Krakowskim Przedmieściu. Wracając zauważyłyśmy tablicę, którą wcześniej trzymali w górze uczestnicy. Wzięłam ją na pamiątkę. Uznałam, że jest ona ciekawa, a za parę lat mogłaby wisieć np. w muzeum.
Jak tablica trafiła do szkoły?
Po powrocie z Warszawy do Łodzi musiałyśmy od razu udać się do szkoły. Zaniosłyśmy ze sobą tablicę, ona została w sali historycznej. Stała sobie spokojnie, nikt nie miał żadnych uwag, nikomu ona nie przeszkadzała. Spokój panował do początku lipca.
Co się wtedy stało?
Do szkoły przyszedł dziennikarz „Gazety Wyborczej” Marcin Markowski. Powiedział, że ma informacje, że w sali historycznej – mówił o innej sali – wisi tablica oraz zdjęcie Lecha Kaczyńskiego z napisem „Mój prezydent”.
Jaka była reakcja władz szkoły?
Dziennikarza wpuszczono do sali, o której mówił. Okazało się jednak, że tam nie ma tablicy. Znalazł ją w sali obok. Potem rozmawiał m.in. z moim wychowawcą Robertem Przybyszem, który pozwolił na zostawienie tablicy w klasie. Dziennikarz pytał o pochodzenie tablicy oraz okoliczności pojawienia się jej w klasie. Dopytywał się również o nasze dane. Nasz nauczyciel odmówił podania naszych imion. Powiedział, że może nas zapytać, czy chcemy się spotkać z dziennikarzem.
Doszło do spotkania?
Byliśmy umówieni na telefon. Miałyśmy zadzwonić i powiedzieć, czy chcemy rozmawiać o tablicy. Zgodnie z umową dzwoniłyśmy, ale Markowski nie odbierał. Dzień później ukazał się artykuł w „Gazecie Wyborczej”. Później próbowałyśmy się skontaktować z jego autorem. Wysyłaliśmy mu maila i dzwoniłyśmy. Jednak nie miał dla nas czasu. Moja koleżanka napisała do niego list, który potem został wydrukowany w „Gazecie Wyborczej”. Jego treść została zmanipulowana i przedstawiona jak przeprosiny i tłumaczenie się z całej sytuacji. Po tej publikacji byłyśmy nawet w siedzibie „Gazety Wyborczej”. Jednak Markowski stwierdził, że nie ma czasu i, żebyśmy się z nim kontaktowały drogą mailową.
Jak Pani odebrała artykuł Markowskiego?
Był on zmanipulowany, pokazywał nas, jak jakiś fanatyków. Był kompletnie nieprawdziwy. Postawienie plakatu w naszej klasie nie miało charakteru manifestu politycznego. Tymczasem tekst wmawiał nam poglądy polityczne, sugerował, że jesteśmy źli, bo czytamy „Gazetę Polską”, słuchamy Radia Maryja i głosujemy na PiS. To jakiś obłęd. Nasze poglądy to nasza sprawa. Ten pan nie ma o nich żadnego pojęcia. Nic o nas i naszych motywacjach nie wie. Również z naszego nauczyciela zrobił jakąś dziwną osobę. Ja się czułam bardzo pokrzywdzona przez ten tekst, zrobiono go za naszymi plecami. Nasza wolność została ograniczona, zostaliśmy zmieszani z błotem.
W tekście Markowskiego znalazły się wypowiedzi uczniów, którzy ponoć mieli być oburzeni umieszczeniem tablicy w szkole. Tak rzeczywiście było?
Ja się nie spotkałam z jakimikolwiek negatywnymi opiniami na temat tej tablicy. Nie mam również żadnych wiadomości, by ktoś zwracał się do dyrektora czy nauczyciela z uwagą, że ten napis mu się nie podoba, że on jest nie na miejscu. Takiego wydarzenia nie było.
Jak uczniowie odebrali artykuł w „Wyborczej”?
Większość osób, z którymi rozmawiałam, była zdziwiona, że ta sprawa została w ogóle poruszona. Głównie pojawiają się opinie, że ten tekst jest jakąś pomyłką. Nie spotkałam się z opinią, że ta tablica godzi w czyjeś uczucia. Gdyby był problem, to wystarczyło pójść do dyrekcji i rozpocząć dyskusję na ten temat. Nie widzę nic złego, że ten plakat wisi w klasie. On do niczego złego nie nawołuje, a dodatkowo jest pewną ciekawostką historyczną. Logiczne, że w klasie historycznej są ludzie interesujący się bieżącymi wydarzeniami.
Czy po publikacji Markowskiego tablica zniknęła z klasy?
Ona została usunięta. Ja byłam później w szkole i odebrałam ją od pani dyrektor. Ona nie został zniszczona czy wyrzucona.
Jak dyrektorka odniosła się do całej sprawy?
Pani dyrektor powiedziała, że ona nikogo nie przepraszała, że to dziennikarz tak sobie napisał. W moim odczuciu dyrektorka chciała załagodzić całą sprawę, jak najszybciej ją zakończyć. To nie była dobra reklama dla szkoły. Żałuję tylko, że dyrektorka nie wstawiła się za nami. Inaczej sobie wyobrażałam reakcję dyrekcji w takiej sprawie, ale nie mnie to oceniać.
Rozmawiał Stanisław Żaryn

